Pańszczyzna – w okresie feudalizmu forma renty feudalnej świadczonej przez chłopów na rzecz właściciela ziemskiego, z tytułu jego zwierzchniego prawa własności do ziemi [2], w wymiarze ustalonym jednostronnie przez niego, bądź według norm zwyczajowych lub prawnych [3] [4] [5]. Pierwotnie podstawą odrabiania pańszczyzny było
W końcu wyruszyliśmy parostatkiem w piękny rejs. W czasach pandemii do ostatniej chwili nie wiadomo, czy wycieczka dojdzie do skutku, czy też zmienią się przepisy albo covidowy test wyjdzie pozytywny. Michał, ja i moja klaustrofobia zameldowaliśmy się w na promie w małej kajucie bez okna na całe 10 godzin. Na zdjęciach nasz pokój na morzu wyglądał na mniejszy, ale w rzeczywistości czuliśmy się jak w większej kuszetce w PKP. Nawet za bardzo nas nie wytrzęsło. W tym roku nasz #zimowyroadtrip był bez śniegu, ale i tak dobrze wybraliśmy kierunek. Z krajów, które rozważaliśmy wszystkie były niedostępne, oprócz właśnie nieodkrytej przez nas Szwecji. Dlaczego wybraliśmy prom? Chcieliśmy spróbować innej formy przemieszczania się, więc postawiliśmy tym razem popłynąć, a nie polecieć. Dzięki temu ruszyliśmy przed siebie własnym (tzn. banku i SONY) samochodem, w którym zmieściliśmy kołdrę puchową od babci (czasami śpimy w aucie), domowe obiady oraz dużo ciepłych ubrań. Drugi powód chyba jest ważniejszy – na tamtą chwilę, przekraczając, granicę promem nie obowiązywała nas kwarantanna w Polsce. Gdzie tu jest logika? Na pewno nie w tym, że promu nie uznają za zbiorowy środek transportu. Pewnie dlatego kazali wykupić nam miejsce w kabinie :> Płynęliśmy z Gdyni do Karlskrony Steną Line. Jaka jest szwedzka Skania? Na tym wyjeździe odkrywaliśmy Skanię, czyli szwedzką krainę, która leży po drugiej stronie Morza Bałtyckiego. Skania jest najbardziej na południe wysuniętą prowincją Szwecji. W tych stronach nie będziemy brodzić w zaspach śniegu i podziwiać zorzy polarnej. W Skanii dominują płaskie pola uprawne, strome klify, łagodne wzgórza oraz zatoki pełne morskich kurortów. Trochę odbiega od wyobrażenia o tradycyjnej Skandynawii 😉 Do XVII Skania była częścią Danii i do tej pory mieszkańcy uważają ten region za odrębny od reszty Szwecji. W tych stronach zobaczymy typowe, drewniane i kolorowe domki, ale także budownictwo ryglowe (mur pruski). W mniejszych i większych miastach w Skanii nie widziałam sklepów z pamiątkami. Nigdzie. Nie to, że lubię bibeloty z Chin, ale chciałam Tutisiostrze kupić magnes z Pipi Pończoszanką. Nie udało się. Tutaj pewnie nawet z muzeów nie wychodzi się przez sklep z pamiątkami 😃 Być może w sezonie w kurortach można zobaczyć stragany z duperelami, ale na razie ja nie widziałam żadnych 🙂 i to jest pierwszy kraj, w jakim byłam, który jest wolny od sklepów z pamiątkami z Chin. Publiczne toalety są mocną stroną Szwedów. Gdzie bym nie spojrzała, to widziałam wskazówki na WC. Nieważne czy to był środek miasta, czy puste pole gdzieś w dziczy. Toalety są wszędzie. Możecie pić hektolitry kapucziny, a potem iść zwiedzać, a czysta łazienka z papierem toaletowym się znajdzie. Niech Hiszpania się uczy od Skandynawii. W Szwecji nie każdy ma firanki w oknach, a na pewno większość osób ma ogród botaniczny na parapecie. Z każdego, szwedzkiego mieszkania wyszłabym z kilkoma szczepkami kwiatów, a najchętniej wzięłabym te wielkie kaktusy pod pachę i posadziła je u siebie. Na szwedzkich oknach królują skrzydłokwiaty, kaktusy i begonie. Dużo zieleni i to zadbanej 😉 W Szwecji można nocować “na dziko”. Namiotu nie rozbijecie gdzie popadnie w parkach narodowych ani na cudzej posesji. Mimo tej wolności w wielu miejscach w Skanii był zakaz biwakowania i najlepsze miejscówki były oznakowane oczojebnym znakiem “no camping”. Trochę trzeba było się naszukać, ale udało się spać w lesie, nad jeziorem i przy strzelnicy wojskowej. Rano śniadanie urozmaicały nam strzały z jakiejś głośnej broni 🙂 Wcześniej policja przeszukała teren, więc wiedzieli, że tam jesteśmy. W Szwecji dostępne są tylko 4 legalne kasyna, a ta rozrywka w trakcie pandemii stała się bardzo popularna. Przepisy są coraz bardziej zaostrzone, ale Szwedzi nie rezygnują z darmowych rejestracji. Z ciekawostek w 2001 roku otwarto kasyno w zabytkowym budynku dawnego dworca kolejowego z 1874 roku. Kładka w Sölvesborgsbron W miasteczku Sölvesborg znajduje się najdłuższa w Europie pieszo-rowerowa kładka o długości 760 metrów. W niektórych miejscach zamontowane są malutkie mostki, dzięki którym można przespacerować się po okolicznych wysepkach. To była nasza pierwsza atrakcja w Szwecji i ostatni lot drona, który stwierdził, że pomorsuje w zatoce. No i został tam na zawsze 🙂 Mokradła Borstakär i największy wodospad w Skanii Mokradła Borstakärr były naszym kolejnym celem. Wybraliśmy się na spacer po kładce i podmokłych terenach. Lata świetności mostu chyba już minęły, ale krajobrazy były świetne. Ponoć w Borstakärr znajduje się dużo nietoperzy 🙂 W sąsiedztwie znajduje się XVII wieczny zamek Christinehof, w którym obecnie mieści się muzeum, sklepik oraz kawiarnia. Na razie wszystko jest zamknięte 🙂 Kilka kilometrów dalej można podziwiać Hallamölla, czyli największy wodospad w Skanii. 23 metry żywiołu robią swoje 😉 Nazwa pochodzi od młyna wodnego, mieszczącego się kawałek wyżej. Brösarp – szwedzka Toskania Pierwszego dnia udaliśmy się na spacer po Wzgórzach Brösarp. Mówi się, że to taka szwedzka (To)Skania 😉 Falujące zielone pagórki faktycznie przypominają nieco Włochy. Wzgórza były inspiracją dla Astrid Lindgren, którą pewnie znacie z książek o Pippi Pończoszance i Dzieci z Bullerbyn. 5-kilometrowy szlak prowadzi przez soczyście zielone górki i pola 😉 Kivik – jabłkowy zakątek w Szwecji Kivik to raj dla smakoszy jabłek, centrum sadownictwa w Szwecji i jabłkowe zagłębie. Znajdziecie tutaj mnóstwo sadów i jabłoni z 70 rodzajami odmian tego owocu. To właśnie tutaj jabłka przerabiają na cydr, soki, dżemy. Z tego, co się dowiedziałam jabłka w Kivik to nie tylko towar, ale i styl życia. “Sady porastające wzgórza całego regionu Österlen wokół Kivik zapewniają 70% jabłek w całej Szwecji.” Jako że jesteśmy tutaj zimą, to pozostało nam podziwianie gołych drzew, pustego miasteczka, a po jabłkach pozostał jedynie zapach przy tłoczni cydru. Huśtawka przy “jabłkowej” fabryce też była fajną atrakcją 🙂 W sezonie można wybrać się na spacer po sadzie, który kończy się odwiedzinami w “Domu Jabłka”, aby poznać technologię przetwarzania owoców. Nam pozostała tylko wizyta w supermarkecie. Dostępne są jedynie cydry 0-2% – takie są przepisy w Szwecji. Mimo to cydr 0% robi robotę 🙂 Sok jabłko-burak-marakuja też 🙂 Tutaj nawet zimą jest sielsko i uroczo. No ale latem siedziałabym w sadzie, jadła szarlotkę i popijała cydr pod drzewkiem 🙂 Mega polecam to miejsce! W Kivik znajduje się się Kungagraven, czyli kamienny kurhan pochodzący z epoki brązu. Nasyp ma średnicę 75 metrów, a wnętrze grobu pokryte jest rysunkami, pokazującymi dawne życie mieszkańców Skanii. Park Narodowy Stenshuvud Przy miejscowości Kivik znajduje się Park Narodowy Stenshuvud. Polecam przejść ten najdłuższy szlak (niebieski?), który i tak zajmie max. 2 h, a widoki po drodze są piękne. Mroczny las przeplata się ze “zwykłym” lasem, wrzosowiskami. Potem mijamy wybrzeże, latarnię morską i fort. Park powstał w celu ochrony fragmentu wybrzeża ze wzgórzem Stenshuvud. Sandhammaren – najładniejsza plaża w Skanii Leżenie na plaży nie należy do moich ulubionych czynności i najczęściej omijam artykuły w stylu “najładniejsza plaża w…”. W przypadku Skanii nie było mi aż tak łatwo znaleźć atrakcji, które byłby dostępne w pandemii, więc plaża Sandhammaren pojawiła się na naszej mapie. Sandhammaren faktycznie można przypiąć łatkę perły Morza Bałtyckiego. Falujące wydmy, drewniane kładki porośnięte trawą i błękitna woda robią wrażenie. Na plaży poza jedną parą nikogo nie spotkaliśmy. Spacer po bielutkim, sypkim, ale twardym piasku był bardzo wyciszający. Sandhammaren słynie z najpiękniejszego i najbielszego piasku w Szwecji. Poza tym jest to jeden z największych w Szwecji obszarów wędrujących wydm. Nic dziwnego, że w obliczu kryzysów i problemów Szwedzi szukają ukojenia w kontakcie z naturą. 70% osób wybiera pocieszenie w objęciach przyrody, a 14% zwraca się w kierunku kościoła. Z tego wynika, że wędrówki i spacery mogą być zbawienne dla duszy:) Ales stenar – szwedzkie Stonehenge Ales Stenar nazywane jest szwedzkim Stonehenge. 59 głazów w kształcie łodzi ustawionych jest na malownicznym klifie. Nie wiadomo kto zbudował ten krąg i w jakim celu. Istnieje duża szansa, że miało to związek ze słońcem i czasem. Inna teoria głosi, że był to grobowiec zbudowany przez przodków wikingów. W Ales Stenar nie znaleziono ludzkich szczątków, więc być może to było miejsce kultu religijnego? Jeszcze inni uważają, że Ales Stenar to dawne obserwatorium astronomiczne, a głazy były zegarem słonecznym. Nie pokładałam w tej atrakcji wielkich nadziei. Stonehenge niewiele miało wspólnego z tajemniczością i „dobrą energią”. Za to było dużo ludzi, komercji, a to wszystko za niemałą opłatą. Ales Stenar to zupełnie inna bajka. Dotarliśmy w okolice kręgu przed zachodem słońca. Na miejscu spotkaliśmy tylko jedną parą. Było cicho, spokojnie bez tłumów i autobusów. Bez ograniczeń mogliśmy patrzeć na kamienie i obserwować, jak to miejsce się zmienia wraz z zachodzącym słońcem. Krąg jest całkiem duży, ponieważ liczy sobie 67 metrów długości oraz 19 metrów szerokości. Jest dwa razy dłuższy od Stonehenge. Dwa najwyższe głazy ustawione są na przeciwległych końcach kręgu. Nazywane są rufą i dziobem – z poziomu ziemi trudno zauważyć kształt łodzi. Ystad Ystad to urocze, kolorowe i spokojne miasto. Pewnie wiele osób ma w głowie mroczny obraz Ystad za sprawą Mankella, który osadził tutaj akcję jednego ze swoich kryminałów. Okazało się, że książki o komisarzu Wallanderze są znane na całym świecie. Ja dopiero w Ystad dowiedziałam się o istnieniu tej kultowej serii. Tym razem zwiedzanie śladami filmów zaczęliśmy od końca. Najpierw zobaczyliśmy lokalizacje z filmów, a potem obejrzeliśmy serial. Może polecacie inne szwedzkie kryminały oprócz Millenium? Jeszcze ciekawsze jest to, że Ystad jest filmową stolicą Szwecji. Znajduje się tutaj największe studio filmowe w Skandynawii, które niestety z powodu pandemii było zamknięte. Pozostało nam przespacerować się wąskimi uliczkami, pooglądać kolorowe domki i wypić kawę w jednej z kawiarni. A właśnie, kawa! Jest to dobra okazja, aby powiedzieć, czym jest szwedzka fika. Oznacza ona przerwę na kawę i ciasto, ale na Szwedów jest ona czymś więcej. Dla nich jest to stan umysłu. To jest czas, który Szwedzi spędzają ze znajomymi, popijają kawę i jedząc coś słodkiego. Fika to nie przerwa na kawę przy biurku, tylko rytuał, w którym niezastąpieni są inni ludzie. Dla Szwedów ważna jest przerwa w pracy, którą można poświęcić na umacnianie więzi społecznych. Wróćmy jeszcze na chwilę do Ystad 🙂 Zwróćcie uwagę na niską zabudowę szachulcową. Nigdzie indziej w Skanii nie ma tylu budynków (300) w tym stylu co w Ystad. Charakteryzują ją ciemne, drewniane belki i jasna elewacja. Taką zabudowę możemy zobaczyć np. w Gdańsku. Wieczorem można posłuchać hejnału z Kościoła Mariackiego. Trębacz codziennie od 21:15 do 1:00 co kwadrans gra hejnał na trąbce. Kiedyś w Ystad często dochodziło do pożarów ze względu na drewnianą zabudowę. Grany hejnał oznaczał, że w mieście jest bezpiecznie, a tradycja została do dzisiaj. Kalkugnarna – piece wapiennicze Piece wapiennicze znajdują się na otwartym polu na wschód od kościelnej wioski Östra Torp. Do XX wieku wapń przetwarzali lokalnie, a teraz budowle nie spełniają żadnej funkcji. Polecam wejść na okoliczną górkę, aby na okolicę i piece spojrzeć z innej perspektywy 🙂 Smygehuk – najdalej wysunięty na południe punkt w Szwecji Smygehuk uchodzi za najdalej na południe wysunięty punkt w Szwecji. Nie brzmiało to dla nas ciekawie, ale okolica okazała się interesująca. Raz w roku organizuje się tu najbardziej południowy pchli targ i ponoć przez cały sezon można tu zjeść rybę z wędzarni. Nas te atrakcje ominęły, ale za to mogliśmy zobaczyć XIX-wieczny spichlerz, kamienistą plażę, ale najbardziej urzekła nas dzikość tego miejsca. Może dlatego, że było po sezonie punkt widokowy był tylko dla nas, a port praktycznie nie funkcjonował. Widoki widokami, ale okazało się, że dla mnie najciekawszym punktem była rzeźba. Przez tą wielką tubę (na zdjęciu) można posłuchać szumu morskich fal. Dźwięk był bardzo wyrazisty i kojący, więc warto przyłożyć ucho do tej rzeźby i zbliżyć się do natury. Trelleborg i Wikingowie W latach 80. w Trolleborg odkryto ruiny twierdzy Wikingów. Obecnie została ona zrekonstruowana i udostępniona zwiedzającym. Tuż obok znajduje się “żywe muzeum” i wystawa poświęcona badaniom archeologicznym i pracy rekonstrukcyjnej twierdzy. Po sezon i w pandemii za bardzo nie ma co tam zwiedzać. Zobaczyliśmy jedynie teren, ale myślę, ze najciekawsze są rekonstrukcje bitwy pod Trelleborgiem i pokaz codziennego życia wojowników. Falsterbo i kolorowe domki Falsterbo to charakterystyczny cypel i jednocześnie jedna z najstarszych szwedzkich osad. Przyjechałam tutaj głównie z jednego powodu. Bardzo chciałam zobaczyć te kolorowe domki (pełniące funkcję przebieralni, składzików lub miejsc na chwilowy odpoczynek) na dzikich plażach, na których piasek jest sypki jak mąka. Pewnie w sezonie nie są aż takie dzikie, ale w pandemicznej rzeczywistości cała przestrzeń była dla nas. Skanör i Falsterbo to dwa kurorty morskie, ale nie przypominają naszych miejscowości nad Bałtykiem. Tutaj zdecydowanie jest mniej kiczu, parawanów, ale na pewno jest o wiele drożej, co zresztą widać po miejscach noclegowych. Stanowczo najpiękniejsze i najbardziej kolorowe miejsce nad Bałtykiem, jakie odwiedziłam. Kolorowe domki vel. altanki plażowe są własnością prywatną, ale właściciele nie mogą ich dowolnie przenosić, wyburzać czy przemalować. Na razie nie wydaje się nowych pozwoleń na ich budowę, ponieważ teren znajduje się w rezerwacie przyrody. Z tego względu wszelkie remonty regulowane są prawnie. Wzdłuż plaż w gminie Vellinge zobaczycie ponad tysiąc pastelowych domków 🙂 Rezerwat przyrody Måkläppen Warto podjechać na południowy kraniec cypla, gdzie znajduje się rezerwat przyrody Måkläppen. Dzikie plaże zdecydowanie na plus, ale zanim dotrzemy na łono natury, trzeba przejść przez wielkie pole golfowe. Kształt i wielkość rezerwatu zależy od pływów prądów morskich. Teoretycznie można tu zobaczyć wiele rodzajów ptaków i foki, ale nie mieliśmy tyle szczęścia. Ljunghusen – białe domki i wrzosy Na koniec wstąpiliśmy do Ljunghusen, aby tym razem zobaczyć białe domki, przy których kwitną wrzosy. Tutaj również możecie liczyć na święty spokój i ładne widoki na morze, wydmy 😉 Kilka kilometrów dalej znajduje się piekarnia Anna’s Bakery ze świetnymi wypiekami. Malmo 220 km od Świnoujścia, po drugiej stronie Morza Bałtyckiego znajduje się Malmo. Mówi się, że to dobre miejsce na weekendowy wypad. Inni mówią, że to perła południowej części kraju. Na pewno Malmo zajmuje trzecie miejsce pod względem zaludnienia w Szwecji. Miasto kluczowe jest dla kraju z uwagi na gospodarkę, kulturę, turystykę i komunikację. Wiele atrakcji było niedostępnych ze względu na pandemię. Z drugiej strony dwa dni z rzędu spóźniliśmy się na targ rybny. Wyobrażam sobie, że latem parki w Malmo świetnie sprawdzą się na rower i piknik. Mieszkańcy i turyści mają do dyspozycji aż 16 terenów zielonych. No dobra, ale co udało nam się zobaczyć? Trochę tych miast już w życiu widziałam i kolejny rynek z historyczną zabudową nie robi na mnie wrażenia. Podobnie jest z kościołami. Mimo to polecam na rynku zobaczyć Apoteket Lejonet. Okazuje się, że apteka może być atrakcją turystyczną. W XX wieku była to jedna z największych aptek w Europie, a ten design pozwolił mi się poczuć jak w Hogwarcie. Kawałek dalej znajduje się Lilla Torg, czyli taki mniejszy rynek. Historyczne budowle nadają temu miejscu wyjątkowego klimatu. Obecnie plac jest miejscem spotkań, a liczne bary i restauracje przyciągają swoją różnorodnością. Uważa się, że w Malmo przypada najwięcej pubów i restauracji na jednego mieszkańca niż w innych miastach. Kolejnym ciekawym miejscem była plaża Ribersborg, do której przynależy publiczna łaźnia. Miejsce funkcjonuje od 1898 roku i wyposażone jest w kąpielisko na świeżym powietrzy i dwie sauny. Łaźnia położona jest na końcu kilkumetrowego molo The Knotted Gun to rzeźba, która na zdjęciu wyglądała na ogromną. W rzeczywistości jest niewielka. Zauważycie, że koniec lufy skręcony jest w supeł, symbolizując pokój i niestosowanie przemocy. Charakterystycznym punktem jest także most, łączący Malmo i Kopenhagę. Dzięki niemu wycieczka z jednego do drugiego miasta (i kraju) trwa jedynie 20 minut. Na blogu znajdziecie opis naszej taksówkowej przygody na trasie Kopenhaga-Malmo. Gamla Vaster to uliczka z niewysokimi kamienicami i malutkimi domkami. Można powiedzieć, ze tutaj czas się zatrzymał. Mieszkańcy chcieli uchronić to miejsce przed urbanizacją. Jeśli w jakimś miejscu znajduje się uliczka z kolorowymi domkami, to zawsze ląduje na mojej liście miejsc do zobaczenia. Jeśli chodzi o jedzenie i knajpy to zdecydowanie możemy polecić Bagericaféet. Nie spodziewałam się, że w Szwecji moim ulubionym posiłkiem będzie bajgiel i to taki wypasiony. W menu zwróćcie uwagę na bajgla Brooklyn z łososiem, serkiem philadelphia, cebulą i miodem. Na pewno z każdego miejsca w Malmo zobaczycie Turning Torso, czyli 190-metrowy wieżowiec mieszkalny. Polecam zobaczyć całą dzielnicę Västra Hamnen. Przez dziesięć lat zespół architektów i ekologów pracował nad zmianą postindustrialnych gruntów. Wszystko po to, aby miejsce było lepsze dla ludzi i dla Ziemi. Domy powstały z piachu, kamienia i drewna. Dachy pokryto roślinnością, która filtruje powietrze, a energię dostarczają panele słoneczne i elektrownie wiatrowe. Z kolei zimą kaloryfery podgrzewa woda termalna. Co ciekawsze, mieszkańcy chętnie poruszają się pieszo lub rowerem, ograniczając ruch samochodowy. Lokatorzy zobowiązali się stworzyć minimum 10 Zielonych Punktów tj. karmników dla ptaków, kwietników i ogródków warzywnych. Västra Hamnen to pierwsza taka inicjatywa ekologiczna w Europie. Miejmy nadzieje, że będzie wyznacznikiem nowoczesnego i świadomego budownictwa 😉 Jakriborg – gdańska starówka w szczerym polu Zanim dotarliśmy do Lund, zatrzymaliśmy się na chwilę w Jakriborg. Wyobraźcie sobie gdańską starówkę w polu – tak dokładnie wygląda osiedle Jakriborg. Ten wytwór udaje średniowieczne miasto w stylu gotyku hanzeatyckiego. Do „miasteczka” wchodzi się przez bramę w obronnym murze i nagle mamy przed oczami inny świat. Pastelowe kamieniczki, strzeliste dachy, ozdobione drzwi, a to wszystko ciągnie się wzdłuż wybrukowanej ulicy. Spotkaliśmy tylko kilka osób, więc czuliśmy się jak byśmy byli w opuszczonym, kolorowym miasteczku albo na planie filmowym. Niby jest to zwykłe, podmiejskie osiedle, ale z drugiej strony bardziej przypomina średniowieczne miasto widmo. Lund – miasteczko uniwersyteckie Mieliśmy już trochę dość miast, ale Lund było po drodze i słyszałam, że jest bardzo ładne i kameralne, więc zatrzymaliśmy się tu na kilka godzin. Zdecydowanie wśród miast w Skanii Lund jest u nas na 1 miejscu. Jest to bardzo kameralne, urocze i spokojne miasteczko. Idealnie nadaje się na pocztówkę! Starodawna zabudowa ładnie się komponuje z brukowanymi uliczkami, kolorowymi kamienicami i zielenią. Kolejki do barów przypomniały nam czasy studenckie i te przed pandemią. A właśnie, Lund to miasto uniwersyteckie. Znajduje się tu najstarszy uniwersytet w Szwecji, który też uchodzi za najładniejszy w kraju. Główny budynek jest przepiękny i wszyscy studenci po zdanych egzaminach przychodzą tutaj zrobić sobie zdjęcie. Skania szachulcem stoi i w Lund też go nie brakuje. Wystarczy przejść się po Starym Mieście, aby zobaczyć charakterystyczne budynki. Jedną z największych atrakcji w Lund jest katedra. Jest to jeden z najstarszych kościołów w Szwecji i jedyny zachowanych w stylu romańskim. Mimo tego “naj” katedra jest bardzo skromna, trochę mroczna i surowa. Polecam wejść do środka! Z zewnątrz świetnie prezentuje się Dom Króla, w którym obecnie znajduje się Wydział Filozofii. Wystarczy spędzić kilka godzin Lund, aby się nim zauroczyć 🙂 Sielska wyspa Ven Czytaliście książkę Dzieci z Bullerbyn”? To świetna opowieść o sielskim życiu z dala od cywilizacji. Okazało się, że takie miejsca jeszcze istnieją. Na Wyspie Ven na stałe mieszka ok. 370 osób, a największa odległość na wyspie wynosi tylko 3,5 kilometry, więc samochody nie są aż tak potrzebne. Ludzie zazwyczaj poruszają się pieszo lub rowerem. Na wyspie kursuje tylko jeden autobus. Mieszkańcy ponoć są bardzo mili i przyjaźni. Brzmi jak idealne miejsce…na odpoczynek 😉 Ven słynie z sielskiego krajobrazu, pięknych plaż, jeszcze ładniejszych klifów i ponoć uroczych knajpek. Wyspę obeszliśmy może nie dookoła, ale zrobiliśmy trasę w kształcie klepsydry. Niestety po sezonie nie można wypożyczyć roweru, a to idealny sposób na poznanie wyspy. Latem na pewno nie zabraknie dla Was roweru, ponieważ mają ich aż 1500 na wynajem. Wbrew pozorom krajobraz w trakcie wędrówki był bardzo różnorodny. Szliśmy przez pola, port, podziwialiśmy klify, drewniane domy – ogólnie to miejsce kojarzyło nam się momentami z polską wsią. Bardzo żałuję, że przez brak sezonu i pandemię nie mogliśmy usiąść w kawiarnianym ogrodzie na herbatę. Jestem pewna, że ta wysepka latem jest jeszcze bardziej magiczna i sielska 🙂 Ven cały czas kojarzy się z duńskim astrologiem i alchemikiem Tycho Brache, które stworzył tutaj własne obserwatorium. Dokonał jednych z większych odkryć związanych z ruchem komet i księżyca. Obserwatorium już nie istnieje, ale muzeum można zobaczyć. Söderåsens nationalpark – szwedzki Wielki Kanion Popołudnie spędziliśmy w parku narodowym Söderåsen. Uznawany jest za jeden z piękniejszych naturalnych atrakcji w Skanii. Lasy bukowe w połączeniu ze stromym wąwozem faktycznie zasługują na określenie „Wielki Kanion Skanii”. Wędrowaliśmy przez drewniane pomosty, kamienne ścieżki i leśne dróżki. Park przecina 6 tras pieszych o łącznej długości 50 km. Kulla Gunnarstorps Mölla Kulla Gunnarstorps Mölla to holenderski młyn. Jest to jeden z najwcześniejszych tego typu obiektów, którego budowę rozpoczęta ok. 1790 roku. Möllan ma nienaruszoną maszynę do młyna i nadal może być napędzany wiatrem. Półwysep Kullaberg Półwysep Kullaberg to najdalej na zachód wysunięty punkt. Wybrzeże bogate jest w strome klify, kamieniste plaże i zielone polany. Do tego znajdziecie tu ponad 20 jaskiń. Nam udało się zajrzeć tylko do jednej 🙂 Kullaberg to także doskonałe miejsce do nurkowania, wspinaczki i obserwacji morświnów. No i w sezonie kajaki są popularne, czego chyba najbardziej żałujemy. Na pewno po drodze zobaczycie latarnię morską, która jest najjaśniejszą i najwyżej położoną latarnią. Dużo jest tych “naj” w Szwecji 😉 Zdecydowanie Kullaberg to jedno z naszych ulubionych miejsc w Skanii. Istnieją trzy główne szlaki turystyczne – czerwony, niebieski i pomarańczowy. Czerwony i niebieski prowadzą do wioski Arild. Łączą się z kilkoma mniejszymi szlakami oznaczonymi na żółto. Szlak niebieski jest dłuższy i trudniejszy do pokonania, ale prowadzi przez malownicze punkty widokowe. Warto na chwilę zatrzymać się w miejscowości Molle, która kiedyś była jednym z najbardziej luksusowych kurortów w Szwecji. Zatrzymaliśmy się w uroczej, włoskiej restauracji rodem z Toskanii 😉 Długo czekaliśmy na nasze zamówienie, ale było warto. Nimis – tajemnicza konstrukcja Szwecja, lata 80-te XX-wieku. Szwedzki artysta zbudował sobie drewnianą konstrukcję w rezerwacie przyrody. Władze przez dwa lata nie mieli pojęcia o powstałej budowli, ale z czasem planowali rozebrać liczne drewniane wieże. Autor dzieła nie dopuścił do zniszczenia konstrukcji, ogłaszając jednocześnie niepodległość swojego małego kraju. W ten sposób powstała Ladonia, czyli jedna z popularniejszych mikronacji. Są to państwa, które ogłosiły niepodległość i mimo małej powierzchni i niepewnej legalności utrzymały status kraju. Lars Vilks kontynuował rozbudowę swojego państwa mimo jawnej wojny ze Szwecją. Z drewna dryfującego powstało kilka wież i drewniany labirynt. Najwyższa z nich mierzyła 15 metrów. W 2016 roku spłonęło kilka rzeźb, ale cały czas trwa ich renowacja. Artysta nazwał swoje dzieła Nimis, co oznacza “Za dużo”. Nie tylko nie przejmował się protestami władz, ale i poszedł o krok dalej i wybudował kolejną rzeźbę. Tym razem powstał zamek z kamieni i betonu. Zdecydowanie Nimis jest jednym z ciekawszych obiektów na południu Szwecji. Ladonia jest bardzo tajemnicza i niezwykła. No i chyba instalacja artystyczna jest porządnie zbudowana, ponieważ bez problemu można było przejść tunelem między wieżami, a budulcem były tylko wyrzucone na brzeg materiały. Hovs Hallar Hovs Hallar to kolejny, malowniczy rezerwat w Skanii. Od 1971 roku objęty jest ochroną i stanowi część rezerwatu przyrody Bjarekusten. W 2017 zostało wpisane na listę “Skarbów europejskiej kultury filmowej” jako miejsce o historycznej i symbolicznej wartości dla kina. To właśnie tutaj Bergman nakręcił znaną scenę z filmu “Siódma pieczęć”. Na koniec wyjazdu wybraliśmy 2-godzinny trekking do miejscowości rybackiej Torekov. Rezerwat ciągnie się wzdłuż linii brzegowej, kamienistych plaż i soczyście zielonej trawy. Jako że było po sezonie, nie spotkaliśmy prawie nikogo na trasie. Miejscowość była praktycznie wymarła. Latem odbywają się tutaj wycieczki do świata podwodnego. Mimo że zimowy roadtrip nie miał nic wspólnego ze śniegiem, cieszymy się, że mogliśmy chociaż w niewielkim stopniu poznać Szwecję. Na pewno warto poznać Skanię ze względu na wyspę Ven, cypel z kolorowymi domkami i jabłkowy Kivik.Gigantycznym plusem Korfu jest fakt, że położona jest rzut beretem od Grecji kontynentalnej. Aż się prosi, by podczas wakacji na Korfu, wyskoczyć choć na jeden dzień na kontynent i zobaczyć co jest tam ciekawego. Wybrzeże tej części Grecji jest niezwykle urodziwe. Skąpane w zieleni i malownicze dzięki bardzo rozbudowanej linii
5 sierpnia 2017 Około 16-tej dopływamy do Bodo (z Lofotów). Robimy zakupy w tanim sklepie Bunnpris. Zakupy to może dużo powiedziane, bo kupujemy tylko chleb (cena 7 koron - ok. 3 zł - i całkiem smaczny) i ketchup (cena za 530 ml - ok. 5 zł - bardzo smaczny). Zestawy obiadowe i dodatki do kanapek wieziemy ze sobą z Polski. W Bodo wjeżdżamy na Szlak Wybrzeża (Kystriksveien), który prowadzi z Bodo na południe do Steinkjer. Jest to jedna z najbardziej malowniczych tras samochodowych na świecie. Trasa o długości 650 km prowadzi wzdłuż wybrzeża, które pocięte jest malowniczymi fiordami. Na całej trasie znajduje się 6 dłuższych lub krótszych przepraw promowych (od 10 do 60 min). Podczas przejazdu nie warto się spieszyć, bo wzdłuż drogi rozciągają się przepiękne widoki. Po przejechaniu 40 km od Bodo spontanicznie zatrzymujemy się na małym parkingu przy drodze (GPS Przechodzimy przez mały zagajnik i naszym oczom ukazuje się widok jak z pocztówki - na cudowne wzgórza i szczyty. Spacerujemy po chropowatych skałach, które mają rewelacyjną przyczepność i żałujemy, że nie możemy się dłużej tutaj poszwendać. Przy drodze czekają na nas kolejne atrakcje i piękne krajobrazy... Przejazd przez wystające z morza góry umożliwiają nam wydrążone w nich tunele. Za długim tunelem, liczącym ponad 7 km i przebiegającym pod ramieniem lodowca Svartisen znajdujemy nocleg (GPS Zjeżdżamy z trasy. Po 300 m szutrowa droga kończy się polanką, na której parkuje już jeden kamper, ale miejsca jest tutaj wystarczająco. Rozbijamy namiot i schodzimy do brzegu fiordu, żeby w pięknych okolicznościach przyrody zjeść kolację :-) 6 sierpnia 2017 r. Wstajemy wcześnie, bo dzisiaj przed nami spory kawałek drogi i kilka przepraw promowych, które też zajmują trochę czasu. Przede wszystkim trzeba być w porcie nieco wcześniej, żeby nie okazało się, że nasz samochód już się nie zmieści na prom... Z drogi widzimy lodowiec Svartisen,pod którym spaliśmy. Jest to drugi co do wielkości lodowiec Norwegii. Do pierwszej przeprawy mam 23 km. Z Foroy do Agskardet płyniemy zaledwie 10 minut . Do następnego promu w miejscowości Jektvik jedziemy 28 km. Pogoda nam dopisuje i rozkoszujemy się pustą drogą i widokami. Prom z Jektvik do Kilboghamn płynie 60 minut. Rozsiadamy się na krzesłach na górnym pokładzie i czekamy na sygnał syreny okrętowej, który oznajmi nam, że mijamy koło podbiegunowe. Na brzegu widzimy symboliczny stalowy globus. Mijamy go z nostalgią. Czujemy, że opuszczamy powoli daleką północ... Przypominamy sobie radość, jaka towarzyszyła nam podczas przekraczania koła podbiegunowego w Szwecji w drodze na Nordkapp (czyt. tutaj) Zjeżdżamy z promu w miejscowości Kilboghamn. Do następnej przeprawy mamy 90 km i tylko trochę ponad dwie godziny na pokonanie tej odległości. To bardzo mało, bo wkoło tyle pięknych miejsc, gdzie warto się zatrzymać... Wsiadamy na prom w miejscowości Nesna i 25 minut płyniemy na drugą stronę fiordu - do Levang. Imponujący mostem o długości 1065 m przejeżdżamy na wyspę Alsta, gdzie mamy zaplanowany dwudniowy trekking na masyw górski Siedem Sióstr (De Syv Sostre). Cieszymy się, że udało nam się zdążyć na wszystkie promy. Jest godzina 17. Pogoda wymarzona. Zjadamy obiad i pakujemy plecaki na wyjście w góry. Opis wędrówki po pięknym masywie Siedmiu Sióstr już w następnym poście ;-) Informacje praktyczne: - parking przy wyjściu na malownicze pagórki niedaleko Bodo ( - nocleg na polance pod lodowcem ( - koszt promów (za 4 osoby i samochód) - Foroy do Agskardet (210 koron/ok. 95 zł) - Jektvik do Kilboghamn (387 koron/ok. 176 zł) - Nesna do Levang (241 koron/ok. 110zł)Zofia Hohenzollern. Odznaczenia. Multimedia w Wikimedia Commons. Paweł I (właśc. gr. Παύλος Α΄ της Ελλάδας; ur. 14 grudnia 1901 w Atenach, zm. 6 marca 1964 tamże) – król Grecji w latach 1947–1964 z dynastii Glücksburgów, bocznej linii Oldenburgów. Syn Konstantyna I i królowej Zofii Hohenzollern . Aby dotrzeć w ten odległy kawałek Niemiec, trzeba jechać autem od 9 do 11 godzin. Podróż pociągiem zajmuje około 15 godzin, zaś autobusem około 12 godzin. Błogosławieństwem był więc godzinny lot z Krakowa do Hamburga, podobnie jak ten z Krakowa do Szczecina trzy lata temu. Potem jedynie trzy godziny pociągiem i człowiek jest na miejscu, w Rostock, nad niemieckim Bałtykiem, u siostry i szwagra. Nie wiem, czy znam kogokolwiek, kto nie jest naszym wspólnym znajomym, kto w to miejsce dotarł albo o nim słyszał. I dlatego chciałem o tym miejscu opowiedzieć. W Polsce oczy szczypią. To syndrom o którym pisał Filip Springer w „Wannie z kolumnadą”. Bolą od nadmiaru reklam wszelkiej maści, od chaosu architektoniczno-krajobrazowego. Szczególnie bolą zaś nad polskim morzem, tak bardzo ukochanym przez nas wszystkich. Jakkolwiek nieprzewidywalna byłaby bowiem pogoda nad naszym wybrzeżem, Polak ma sentyment, Polak ma potrzebę. Być nad Bałtykiem choć raz w roku to dla wielu luksus, dla niektórych to sentyment. Dla mnie Morze Bałtyckie jest sentymentalne na wskroś, piękne na swój sposób, bogate, bo przytulone do tylu krajów o różnej historii i kulturze. Być nad Bałtykiem to rzecz miła, nie musi to być Bałtyk nasz, może być obcy, jak rok temu w Szwecji, albo jak przed chwilą, w Niemczech Wschodnich. Purysta geograficzny poprawi mnie i przypomni, że to raczej Niemcy północne, ale nie, dla mnie to nie północ, chłodna i purytańska. Północ to może być norweska albo szwedzka, no może jeszcze fińska. To tutaj to Wschód na wskroś oswojony, bo jeszcze niedawno socjalistyczny. Ten, kto świadom historycznych uwarunkowań, wybierze się w te okolice, stwierdzi, że Niemcy to kraina swojska. Jeśli zaś pojedzie potem do Szwabii czy Bawarii nie uwierzy, że wciąż przebywa w tym samym kraju. Dlatego właśnie lubię tą wschodnią, acz północną półkulę Niemiec. Do Rostock, po trzyletniej przerwie, przyciągnął mnie ślub mojej drogiej siostry, rzecz, jak widać, niezwykle prywatna. Zastanawiałem się więc, czy oprócz mnie, oprócz rodzin innych Polaków tam mieszkających, ktoś tam jeszcze naprawdę dociera? Okazuje się, że owszem, docierają tam narody całego świata, i niekoniecznie mowa tutaj o emigrantach politycznych, czy zarobkowych. Rostock,wraz ze swoją malowniczą portową częścią w Warnemünde, to jeden z głównych portów, do których zawijają gigantyczna wycieczkowce a także promy pływające non stop między Meklemburgią a Szwecją, Danią, Norwegią i pozostałymi krajami w basenie Bałtyku. Dla tych, którzy przypadkiem lub przejazdem, przemierzać będą Meklemburgię, postanowiłem napisać ten tekst. Historia tego miejsca sięga daleko. Jedno z miast Hanzy, potężnej organizacji handlowej portowych miast północnej Europu. Jednak w tej nowszej historii, za czasów Rzeszy, umiejscowiono tam potężny przemysł, część machiny wojennej, która produkowała samoloty Heinkel. Rostock, posiadając ogromne zakłady produkcyjne tej firmy, stał się jednym z głównych celów alianckich bombardowań, które obróciły to miejsce w proch. Nie miało ono wielkiego szczęścia jeśli chodzi o odbudowę. Będąc częścią Niemieckiej Republiki Demokratycznej, stało się wielkim placem budowy, gdzie oprócz zabytkowej starówki, odbudowanej tylko częściowo, swój dom znalazła cała masa socjalistycznych perełek. Mimo to, nie jest to miejsce brzydkie i bezpłciowe, wręcz przeciwnie, Rostock i okolice potrafią zachwycić i sprawić, że człowiek naprawdę odpocznie, a może nawet umrze. Ale o umieraniu potem. Rostock to największe miasto Meklemburgii z jednym z najstarszych, założonym w 1419 roku, uniwersytetów na świecie. Warto wpaść na chwilę na stare miasto, w okolice Neuer Markt. Ostało się tam sześć budynku w stylu Hanzy, resztę odbudowano po wojnie w uproszczonym stylu. Położony tuż obok rynku kościół Mariacki to jeden z symboli miasta, do którego warto wejść choćby tylko po to, by zobaczyć astronomiczny zegar Hansa Düringera. Z tych okolic większość odwiedzających miasto rusza w spacer po głównej handlowo-turystycznej ulicy miasta – Kröpeliner Straße. Dochodząc do mniej więcej połowy tej ulicy, na placu uniwersyteckim, warto skręcić lekko w lewo i odpocząć z dala od tłumów w uroczym zaułku tuż za najstarszym kościołem miaste – Nikolaikirche. Jednak dla mnie zupełnie inna, najdalsza i najbardziej północna część Rostocku, stanowi jego największą atrakcję. Do tego miejsca przyjeżdża się, aby umrzeć – powiedział do Madzi młody chłopak z Lipska siedzący obok nas w przyjemnej restauracji na uboczu Warnemünde, kurortu na północnym krańcu miasta. Rzeczywiście, ludzie w naszym wieku stanowią tam swoiste, bardzo dziwne, odstępstwo od reguły. A regułą jest widok niemieckiego emeryta, przeplatany czasem przybyszami ze statku, którzy port w Warnemünde znają jako bramę do oddalonego o 2-3 godziny drogi Berlina. Gdzie możemy wrzucić kartki do skrzynki pocztowej? – pytamy panią w księgarni – Po drodze do statku jest skrzynka – odpowiada. Ale my nie ze statku – odpowiadamy obserwując zdziwioną minę i uśmiech – Przepraszam, tutaj wszyscy są ze statku. Skrzynka jest koło kościoła, zaraz za rogiem – wskazuje sprzedawczyni. Warnemünde jest moją ulubioną częścią Rostock. Świetnie połączona z centrum miasta kolejką (Sbahn) oraz szeroką autostradą miejską, którą ciągnie sznur samochodów w każdy letni weekend. Ta, mająca niewiele ponad osiem tysięcy mieszkańców, osada, stała się kurortem dosyć nagle i niedawno, gdy w XIX wieku z wioski rybackiej, przeistoczyła się w miejsce wypoczynku. Zamykając za sobą rozdział stoczniowy, zaprzestając koncentracji na gospodarce produkcyjnej, Warnemünde skierowało się ku turystyce. Ściągając do swojego portu wielkie firmy wycieczkowe, stało się najważniejszym portem Niemiec jeśli chodzi o statki pasażerskie. Ważniejszym, choć skoncentrowanym na towarach, jest tylko Hamburg. Przyjeżdżając do tego miejsca kolejką, niejako naturalnie, za tłumem, przekraczając jedynie mały mostek nad starym ujściem rzeki Warnow, wkracza się na urokliwą portową alejkę am Strand. Większość przyjezdnych po przejściu mostu skręci w prawo, podąży wzdłuż sklepów w kierunku latarni i miejskiej plaży, jednak jeśli na chwile poskromić naturalną miłość do wody i piasku i skręcić w lewo, trafia się na urocze uliczki najstarszej części Warnemünde. To zaledwie kilkadziesiąt metrów, a zdają się one skutecznie ukryte przed tabunami turystów. Spacerowaliśmy po nich z tatą Johannesa i za każdym razem śmiał się na myśl, jak malutkim miejscem była ta miejscowość jeszcze kilkadziesiąt lat wstecz – Wchodzimy w tą uliczkę, idziemy do końca, o tam. Właśnie tam kończyło się kiedyś Warnemünde. Cisza i spokój chyba najbardziej oddają istotę tego miejsca. Absolutnie nikt się tu nie spieszy, nie ma nachalnej obwoźnej sprzedaży, jest stylowo, czysto, na wskroś niemiecko. Choć nie aż tak jak na południu, gdyż ciągle należy pamiętać, że to byłe Niemcy Wschodnie! Większość spaceruje więc po ulicy am Strom, jednak to, co najładniejsze, najbardziej urocze i spokojne, schowane jest dokładnie równolegle do am Strom, za budynkami, na Alexandrinenstrasse. Nie ma znaczenia, gdzie człowiek pójdzie, prędzej czy później trafi na plaży. Plaża miejska w Warnemünde to miejsce niezwykle przyjemne. Przez całe lata istnienia Niemiec Wschodnich, wszystkie plaże w tej części Bundesrepubliki, były plażami dla nudystów. W zasadzie każdy Niemiec i Niemka z północy to nudysta, gdyż ci wyluzowani, otwarci na świat ludzie, nie czują skrępowania faktem, że wszystko widać. Nie ma tej naszej wstydliwości i bogobojności, która nakazuje nam odpowiedni ubiór. To właśnie z naszego powodu, z powodu tych wszystkich bogobojnych nacji przybywających do Rostock, na głównej plaży miejskiej zarządzono, iż należy wypoczywać, kąpać się i opalać jedynie w stroju kąpielowym. Wszystkie pozostałe plaże to miejsca, gdzie bez problemu można rozłożyć się jak nas Pan Bóg stworzył. Ale chyba to, co najbardziej zwróciło moją uwagę w tym sezonie letnim to brak czegoś bardzo charakterystycznego dla Polski… parawanów. Nikt tu nie przychodzi o piątej rano, by zajęć (zagrodzić) swoje miejsce. Nikomu nie przeszkadza obecność innych. W ciągu dnia na plaży leżą turyści, popołudniu przychodzą na nią mieszkańcy. Około szóstej-siódmej nie ma już praktycznie nikogo, pozostaje cisza i szum fal. Jednym z symboli tego miejsca jest najstarsza latarnia zbudowana w 1897 roku. Warto wejść na jej szczyt (2 euro) dla wspaniałego widoku okolicy. Tuż obok znajduje się z kolei jeden z przykładów socjalistycznej architektury – Teepot. Zbudowany w stylu Bauhaus przed wojną, potem zburzony przez nazistów i odbudowany w latach 60. ubiegłego wieku, dziś jest domem dla wielu nadmorskich restauracji. Drugi najlepszy widok na okolicę znajdziemy w charakterystycznym, najwyższym budynku w okolicy. Hotel Neptun i Sky Bar na osiemnastym piętrze to absolutna i totalna geriatria, gdzie nawet poziom klimatyzacji ustawiony jest pod przebywających w hotelu staruszków na niemieckich emeryturach (nikogo innego nie stać na to miejsce), a jednak serwuje się tam przepyszne kawy i ciasta, które w tych okolicznościach przyrody smakują po prostu niebiańsko. Przed powrotem do centrum Rostock, warto przejść przez mostek łączący am Strom ze stacją kolei, skierować się dalej przez ciasny tunel, przez który, jak mówił tata Johannesa, przechodzą ludzie całego świata, by potem skręcić w kierunku przystani, gdzie cumują gigantyczne wycieczkowce. Stamtąd odpływa prom (1,5 euro), który zabierze nas na drugą stronę, do miejsca, gdzie nie spaceruje już prawie nikt. Idąc wzdłuż falochronów prowadzących do czerwonej latarni przy wyjściu z portu, można poddać się totalnemu relaksowi i ciszy panującej wokół. Nad morzem można spędzić cały dzień, robiąc coś, albo kompletnie nic nie robiąc, wedle uznania. Przyjdzie jednak moment, gdy człowiek wróci do miasta. Zanim dotrze do ścisłego centrum starego miasta w Rostock, warto zatrzymać się po drodze przy jeziorze łabędzim, gdzie nad samą wodą ulokowano największy w Meklemburgii obiekt przeznaczony dla sztuki nowoczesnej – Kunsthalle, jedyne nowe muzeum zbudowane w Niemczech Wschodnich. Na zakończenie dnia w Rostock, polecam zaś kajaki w centrum miasta. Urokiem tego miejsca jest bowiem jego niezwykle bliski kontakt z naturą. Od plaż, przez rzeki i jeziora, po majestatyczne wydmy i dzikie plaże, wszystko w zasięgu ręki. Na kajaki nie trzeba nawet wyjeżdżać z centrum miasta. Rostock to naprawdę przyjemne miejsce. Na wakacje, urlop, albo chociażby weekend. A Wy, macie jakieś takie małe i niekoniecznie znane miejsca w Niemczech, do których warto wpaść? Praktycznie: Dla osób z Krakowa najłatwiejszym (i często bardzo tanim) środkiem transportu jest Easyjet z Krk do Hamburga. Dla innych regionów Polski dojazd do Szczecina i pociąg Szczecin – Rostock Z Hamburga, zakładając lot z Krakowa, przejazd na Mecklemburg-Vorpommern Karte (kupowana w czerwonych automatach Deutsche Bahn uprawniająca do przejazdów wieloma środkami komunikacji i pociągami Regional) W Rostock najlepiej przemieszczać się na karcie dziennej – Tagesskarte za 4,5 euro
W 1906 roku małżeństwo szwedzkich artystów Olga i Carl Milles kupili kawałek ziemi na wyspie Lidingö. Chcieli na położonej na skarpie działce wybudować dom z pracowniami. W 1908 roku dom nadawał się do zamieszkania. W późniejszych latach dom wciąż będzie przebudowywany. Z powodu problemów z płucami Carla (jako rzeźbiarz wdychał kamienny pył) w roku 1911 stworzono pracownię rzeźb na świeżym powietrzu. W latach 20 tych Carl stał się bardzo popularnym rzeźbiarzem. Dzięki sporemu zainteresowaniu i dopływowi gotówki rzeźbiarz kupił sąsiednią działkę i wybudował kolejne studio. W roku 1936 utworzono fundację Carla i Olgi Milles – Lidingöhem i oddali swój dom z całym terenem państwu szwedzkiemu. W 1950 roku rozpoczęto budowę dolnego tarasu na którym miały stanąć repliki rzeźb i fontanny przywiezione z USA przez artystyczną parę oraz nowego domu. Carl Milles jest obecnie najbardziej znanym szwedzkim rzeźbiarzem. Jego rzeźby można znaleźć praktycznie na całym świecie. Jest tak dlatego, że fundacja sprzedaje odlewy oryginalnych rzeźb tzn. sprzedaje oryginalne kopie (jeżeli tak to można nazwać). Z tego też utrzymywane jest muzeum Millesa. Ogród zwiedzającym udostępniono pod koniec lat 30 tych. Carl umiera w 1955 roku w swoim domu w Millesgården. Po jego śmierci jego żona – Olga wraca do rodzinnej Austrii gdzie umiera w roku 1967. Olga Milles (Granner) była malarką. Urodziła się w austriackim Graz skąd wyjechała na studia do Monachium i Paryża. W stolicy Francji poznała swojego przyszłego męża – Carla Milles. W 1905 roku byli już małżeństwem. Olga była bardzo utalentowaną portrecistką która już wieku 15 lat tworzyła zachwycające prace. Niestety po wyjściu za mąż jakby przygasła – już tyle nie malowała co wcześniej. Olga była bardzo krytyczna jeżeli chodzi o swoje prace i prawdopodobnie wiele zniszczyła bo pomimo tego, że malowała to nie ma zbyt wielu portretów jej autorstwa. Olga zdaje się też, że nie darzyła zbyt wielkim uczuciem Millesgården. Nie interesowała się jakoś szczególnie urządzaniem domu. Wykonała jedynie podłogi w jednym pokoju, korytarzu i malunki na kredensie w małej jadalni. Co ciekawe małżeństwo tylko raz współpracowało przy projekcie rzeźby Gustawa Wazy który obecnie stoi w Nordiska Museet. Malarka bardzo często jeździła do swoich rodziców w Graz – chyba tęskniła za swoją ojczyzną. Małżeństwo Olgi i Carla było małżeństwem w którym jedno i drugie miało sporo swobody. Prawdopodobnie brak potomstwa wpłynął na ich decyzję o przekazaniu swojej posiadłości państwu. Millesgården to niesamowite miejsce które naprawdę warto odwiedzić. Rześby stojące dosłownie wszędzie robią ogromne wrażenie. Millesgården posiada świetnie zaopatrzony sklepik w kórym można zakupić również przedmioty z aktualnej wystawy czasowej. Ma też swoją restaurację w której można coś zjeść albo napić się kawy.
Wikimedia Commons. Z Wikipedii, wolnej encyklopedii. W 2013 do Szwecji należało, według definicji Statistiska centralbyrån (SCB), 267 570 wysp o łącznej powierzchni 12 112,43 km² (ok. 3% całkowitej powierzchni Szwecji) i linii brzegowej o długości 67 251 km. Wyspy i wysepki morskie (ponad 100 000) stanowiły ok. 38% ogólnej liczby.
Opatija to była nasza druga baza wypadowa (po Ninie) podczas czerwcowej objazdówki po Chorwacji. Rozważaliśmy Opatię i Pulę - chcieliśmy mieć dobry dojazd do kilku miejsc na Istrii oraz na wyspę Krk, a zarazem, żeby w wybranym przez nas miasteczku też było co robić. Pula ciągnęła mnie bardziej z historycznego punktu widzenia (i patrząc wstecz, chyba bym jednak wolała tam nocować ;) ), ale Opatija wygrała bazą noclegową - w Puli ciężko było znaleźć większe mieszkanie z parkingiem przy centrum w sensownej cenie. No i z Opatii bliżej było potem do granicy i do Wiednia, co też jest plusem, bo nie lubię siedzieć godzinami w samochodzie :P. Na zwiedzanie miasteczka poświęciliśmy półtora dnia, wliczając w to też spacer po długiej promenadzie i myślę, że na Opatię tyle czasu w zupełności dzisiejszej Opatii były zamieszkane od ok. 700 roku. Na przestrzeni wieków przechodziły z rąk do rąk, ale kiedy zachodnia część Istrii trafiła w ręce Wenecjan, Opatija przypadła Habsburgom. Austriacy zresztą po dziś dzień lubią te rejony, choć cesarstwo już dawno się rozpadło - na Istrii wielokrotnie byliśmy zaczepiani po niemiecku, a większość mijanych samochodów miała austriackie i niemieckie tablice. Polaków za to napotykaliśmy zdecydowanie mniej niż na południu kraju. Boom na Opatię, który przyczynił się do szybkiego rozwoju miasteczka, nastąpił w połowie XIX wieku. Na polecenie bogatego kupca z Rijeki (Igno Scarpia) zbudowano tutaj Villę Angiolina, którą wkrótce potem przejęła firma kolejowa - w willi nocował nawet sam arcyksiążę Rudolf. Potem, jak grzyby po deszczu, w Opatii wyrastały kolejne wille i hotele - w tym najstarszy chorwacki hotel Kvarner z 1884 roku. Sporo tych perełek architektury się zachowało, niektóre w słabym stanie, inne - dzięki pieniądzom wyłożonym w renowacje - wciąż zachwycają. Zarówno park Angiolina, jak i znajdującą się w jego centrum willę, można dziś zwiedzać. W środku utworzono Chorwackie Muzeum Turystyki, w którym skupiono się jednak głównie na historii samej willi oraz Opatii, nazwa muzeum jest więc trochę na wyrost ;). Mieliśmy szczęście i akurat trafiliśmy na dzień z darmowym wstępem, więc ochoczo skorzystaliśmy - zwłaszcza, że w środku było chłodniej niż na zewnątrz... Wystawy są nieduże i na obejście całości poświęci się mniej niż pół godziny - warto jednak zajrzeć, by przyjrzeć się pięknym wnętrzom (nieco mniej: też wystawom ;) ).Przez park Angiolina ciągnie się też mur z pięknymi muralami - internet podrzuca tutaj hasło Opatija Wall of Fame, czyli ściana sławy w Opatii. Przedstawione tu postacie są w jakiś sposób związane z miejscowością - albo się tu urodziły, albo odwiedziły chorwackie wybrzeże. Znajdziemy tu Einsteina, cesarza Franciszka Józefa, Roberta de Niro czy Gustava Mahlera. Uwielbiam murale, więc i tutaj nie odkładałam aparatu ani na chwilę ;). Choć na ścianie z muralami polskich twarzy nie zobaczymy, nie znaczy to, że takich w Opatii nie znajdziemy. Spacerując wzdłuż wybrzeża, natrafiliśmy na dwie polskie pamiątki. Pierwszą ufundowała Ambasada RP w Zagrzebiu wraz z Polskim Towarzystwem Kulturalnym w Rijece i poświęcona jest Józefowi Piłsudskiemu, który w Opatii swego czasu mieszkał. Kawałek dalej, koło portu, znaleźliśmy też popiersie Henryka Sienkiewicza, który Opatię odwiedzał kilkukrotnie - ostatni raz w 1905 roku, po otrzymaniu Nagrody jak już spacerowaliśmy tym wybrzeżem, to oczywiście musieliśmy i zajrzeć do położonego tuż obok kościoła - widocznego zresztą na jednym z pierwszych zdjęć tego wpisu. Kościół św. Jakuba to jeden z głównych zabytków Opatii - oryginalnie zbudowany w 1420 roku, kompletnie przebudowany na początku wieku XVI i pod koniec XVIII, a kolejne zmiany wprowadzono jeszcze w okresie międzywojennym... Więc choć sam budynek z zewnątrz wygląda na bardzo zabytkowy, jego wnętrze po tylu zmianach jest już dużo bardziej nowoczesne. Większego wrażenia nie wywiera, ale ze względu na jego wartość historyczną trzeba było tu zajrzeć ;).Tuż obok kościoła św. Jakuba znajduje się charakterystyczny budynek artystycznego pawilonu, zbudowanego na początku XX wieku. Nosi on imię Juraja Šporera - chorwackiego lekarza, który szeroko reklamował Opatię jako kurort uzdrowiskowy. Miasto o nim nie zapomniało ;). A kawałek dalej dojdziemy do najczęściej fotografowanego punktu w Opatii - zresztą sama umieściłam go na pierwszym zdjęciu tego wpisu. Rzeźba przedstawiająca dziewczynkę z mewą stała się już symbolem miasteczka. Jednak oryginalnie w tym miejscu znajdowała się figura Madonna del Mare, postawiona przez rodzinę zmarłego na morzu hrabiego Arthura Kesselstadta. Maryję jednak też pokonały sztormy, zniszczoną rzeźbę odnowiono i umieszczono w muzeum, a ja jej miejsce w 1956 roku postawiono dziewczynkę z mewą. Jak już wspomniałam, kościół św. Jakuba nie wywarł na mnie specjalnego wrażenia. Ku mojemu zaskoczeniu, całkowicie inaczej miała się sytuacja z kościołem Zwiastowania NMP, który jest przecież dużo nowszy (zbudowano go na początek ubiegłego wieku). Trzynawowa świątynia w stylu neo-romańskim przyciąga uwagę - szczególnie nieotynkowaną i niepomalowaną cegłą we wnętrzach. Budowę kościoła według projektu Karla Seidla rozpoczęli w 1906 roku Austriacy, ale że początek XX wieku do najspokojniejszych okresów nie należał, to kościół kończyli już Włosi. Choć dalej wygląda on na nieukończony - nie tylko ze względu na widoczną cegłę, ale też brak jakichkolwiek dodatkowych elementów wnętrza rzucających się w oczy. Mimo wszystko ta prostota przypadła mi do gustu jednak bardziej niż poprzednio odwiedzona świątynia :).Wróćmy jednak na wybrzeże - w końcu to wokół niego kręci się większość życia turystycznego Opatii. A idealnym miejscem spacerów jest promenada Franciszka Józefa, znana bardziej jako Lungomare. Zaczyna się w oddalonej kilka kilometrów od Opatii miejscowości Volosko, do której zresztą dotarliśmy spacerem i której klimatyczny port bardzo mi wpadł w oko. Dalej promenada biegnie przez Opatię, mijając plaże i kąpieliska, hotele i wille, aż dotrze do położonej ładny kawałek dalej miejscowości Lovran. To spacer na ok. 12 km w jedną stronę, więc my zdecydowaliśmy się na przejście tylko odcinka, no ale w dwie strony - i tak wyszło nam kilkanaście kilometrów spaceru ;)Wspomniałam przed chwilą plaże i kąpieliska - faktycznie, w Opatii i okolicach sporo jest miejsc wyznaczonych do kąpieli lub opalania. Nie oczekujmy jednak szerokich, piaszczystych plaż - to po prostu nie tutaj ;). Zastaniemy za to niewielkie kamieniste plaże albo większe, wybetonowane kąpieliska z drabinkami wchodzącymi do wody. Na większość z nich nie można wprowadzać psów i grożą za to wysokie grzywny, więc podróżujący z czworonogami muszą się specjalnie rozejrzeć za przyjaznymi psom plażami (na szczęście takie też mijaliśmy, idąc promenadą). Bardzo mi się też spodobała infrastruktura, nawet na takich małych pobocznych kąpieliskach. Postawione przy plaży przebieralnie, często też w pobliżu były darmowe łazienki i prysznice - czyste i to po prostu kurort turystyczny - z ciekawymi zabytkami (te XIX-wieczne wille naprawdę mają swój klimat), pięknym wybrzeżem, a także mnóstwem hoteli i odpowiednio wyższymi cenami ;). Choć i tak - dzięki pandemii - udało nam się wynająć duże mieszkanie w bardzo dobrej cenie jak na chorwackie warunki. Przy okazji polecam jeszcze pizzerię Roko, jeśli szukacie dobrego jedzenia w przystępnej cenie niedaleko centrum - daleko do Włoch stąd nie ma, to i włoska kuchnia jest na poziomie... ;) Skrea Strand w Falkenberg (Halland) Falkenberg to jeden z najbardziej znanych kurortów wakacyjnych w Szwecji. Wzdłuż wybrzeża znajduje się ponad 17 kilometrów w większości piaszczystych plaż. Plaża Skrea znajduje się nieopodal centrum miasta, a jej znakiem charakterystycznym jest najdłuższe na całym zachodnim wybrzeżu molo Gabrysi i Adasia podróże, małe i duże, czyli rodzeństwo mieszkające w Bunkeflostrand na południu Szwecji i podróżujące ile tylko się da. Gabrysia rocznik 2012. Kocha konie, skakanie do basenu, jazdę na rowerze, wspinanie się, zwiedzanie złotych świątyń buddyjskich, jeść pizzę i sajgonki. Pierwszy raz poleciała samolotem w wieku 3 miesięcy, aby odwiedzić babcię i dziadka w Polsce. Jej pierwszą, prawdziwą podrożą za granicę była Kreta w 2013. Jej pierwszą podróżą poza Europe było Bali w 2014. Adaś, rocznik 2016, natychmiast ruszył w ślady starszej siostry. Pierwszy lot miał za sobą również w wieku 3 miesięcy (ferie zimowe w Polsce). Pierwszą europejską podrożą była Benalmadena w Hiszpanii wiosną 2017, a pierwsza podróż do Azji jesienią tego samego roku. Adaś świętował swoje pierwsze urodziny w Tajlandii, a drugie w Kambodży. Kocha wspinać się, biegać, skakać, jeździć na swojej niebieskiej hulajnodze, oglądać i przytulać zwierzęta, jeść naleśniki i lody. Daria, czyli blogująca mama. Urodzona i wychowana na Podkarpaciu. W dzieciństwie zwiedziła wraz z rodzicami kawałek Europy. Musi cały czas być w ruchu, dla niej weekend spędzony w domu to strata czasu. Kocha być aktywna, ale nie ma nic przeciwko okazjonalnemu leniuchowaniu z dobrą książką i lampką wina. Ulubione destynacje do tej pory to Tajlandia, Oman oraz Hiszpania. Tomasz – rodzinny fotograf. Urodzony w Szczecinie, ale większość życia spędził w Szwecji. Mieszkał również w Austrii, Danii, USA, Australii i Hiszpanii, gdzie poznał swoją żonę. Podróżuje sporo z pracą i unika bezruchu. Kocha biegi długodystansowe, zawsze czyta 3 książki na raz. Robi najlepsze naleśniki wg dzieci i najlepszą pizzę wg kolegów dzieci. Ulubione destynacje do tej pory to Austria, Gruzja i Hiszpania. Ponieważ mieszkamy pod Malmö, na południu Szwecji, na naszym blogu znajdziecie sporo postów o Skanii (regionie, w którym mieszkamy) oraz o południowej Szwecji. Obecnie niecierpliwie czekamy na koniec pandemii, abyśmy mogli powrócić do dalekich podroży. Kilka lat temu zakochaliśmy się w Azji Południowo-wschodniej i już nie możemy się doczekać, aby do niej powrócić! Nawet jeżeli ten blog jest o podróżujących dzieciach, nie uważamy, że nasze podróże są wyjątkowo dziecio-przyjazne. Zazwyczaj próbujemy doświadczać jak dużo tylko się da kultury i duszy danego kraju, a nie spędzać czas w hotelu w pobliżu klubu dla dzieci (brrrr…). Lubimy spacery i trekking, zwiedzamy świątynie, muzea, zamki, zoo, jemy lokalne jedzenie, nieraz kupowane na straganach ulicznych oraz relaksujemy się na plaży od czasu do czasu. Mamy nadzieje, że nasze posty zainspirują Was do zabrania rodziny w podróż i poszukiwaniu przygód! Generalnie zasada jest taka (i chyba obowiazuje na calym swiecie): jesli na rachunku jest "couver", zwykle EUR 0.50 od osoby, to napiwku nie daje sie, a jesli juz, to jest to wyraz duzego zadowolenia z obslugi i kuchni. Jako. Wt, 18-05-2004 Forum: Grecja i Cypr - Re: napiwki w Grecji.Greccy politycy zachęcali w poniedziałek polskich przedsiębiorców do udziału w prywatyzacji i inwestycjach w ich kraju. Przekonywali, że szczególnie w ostatnim roku Grecja dokonała ogromnego postępu w walce kryzysem. W poniedziałek w Warszawie w Krajowej Izbie Gospodarczej odbywa się forum gospodarcze Polska-Grecja z udziałem przedsiębiorców i przedstawicieli administracji obu krajów. Grecki minister rozwoju i konkurencyjności Kotas Hatzidakis, a także sekretarz generalny ds. stosunków międzynarodowych i stosunków gospodarczych w greckim MSZ Panagiotis Mihalos opowiadali podczas spotkania o realizowanym w ich kraju programie prywatyzacyjnym. Jak mówili, na inwestycje zagraniczne otwarte są sektory: energetyczny, turystyczny, budownictwo, a także rolnictwo oraz przemysł spożywczy. "Polskie firmy w coraz większym stopniu inwestują za granicą. Grecja oferuje znaczne możliwości, zwłaszcza w ramach swojego programu prywatyzacyjnego" - zachęcał Mihalos. Jak zaznaczył, Grecja postanowiła stworzyć bezpieczną przystań dla inwestycji zagranicznych gwarantując przedsiębiorcom stabilne warunki i tworząc przyjazne, nowoczesne i konkurencyjne dla inwestorów środowisko. Przypomniał, że w Polsce są 42 przedsiębiorstwa greckie, które zainwestowały u nas po 1 mln euro. Ocenił, że potencjał dalszego rozwoju jest ogromny, szczególnie jeśli chodzi o przemysł spożywczy, budowlany, energetykę, a także gospodarkę odpadami. Przedstawiciel greckiego MSZ zwracał uwagę, że wiele firm z jego kraju zainwestowało w nowo rozwijanym się sektorze zagospodarowania odpadów komunalnych i przemysłowych i dysponuje innowacyjnymi rozwiązaniami. "To kolejne pole do współpracy pomiędzy naszymi krajami" - ocenił. Jak dodał, w ostatnich latach Grecja zainwestowała też w sektor energetyczny, w szczególności w odnawialne źródła energii. Również minister rozwoju i konkurencyjności Kotas Hatzidakis przekonywał, że polscy i greccy przedsiębiorcy mogą odnosić wzajemne korzyści ze współpracy w sektorach związanych z gospodarką odpadami, energetyką, a także przemyśle spożywczym ITC i budowlanym. Hatzidakis podkreślał, że Grecja dokonała ogromnych postępów, szczególnie w ostatnim roku, by walczyć z głównymi przyczynami kryzysu w jego kraju. Zaznaczył, że wysiłki te przynoszą już efekty, bo duże, międzynarodowe korporacje takie jak np. HP, Unilever, Philip Morris rozszerzają swoją działalność w Grecji. Zwrócił uwagę, że eksport towarów greckich rośnie (w 2012 r. osiągnął już niemal 14 proc. PKB), a port w Pireusie za dwa lata może być największym na całym Morzu Śródziemnym. Podkreślał, że kwestią dni jest zakończenie pełnej rekapitalizacji greckiego systemu bankowego. Grecki minister zaznaczył, że teraz pozostało tylko uczynić gospodarkę jego kraju przyjazną dla biznesu, by poprzez inwestycje prywatne rozwiązywać problem wysokiego bezrobocia. "Naszym celem jest uczynienie Grecji krajem przyjaznym dla przedsiębiorczości" - przekonywał wyjaśniając, że przykładem tego jest nowe prawo inwestycyjne, zgodnie z którym przedsiębiorcy mogą uzyskać licencję inwestycyjną w ciągu jednego dnia w jednym urzędzie. Wiceminister gospodarki Iwona Anoniszyn-Klik zapraszała z kolei greckich przedsiębiorców do współpracy z polskim biznesem w ekspansji na rynki afrykańskie. "Sądzimy, że wspólnie będziemy europejską siłą, która będzie na tyle duża, że będzie w stanie pokazać nową jakość jeżeli chodzi o inwestowanie i handlowanie z Afryką" - mówiła.
| Ե слаዥивсер ጿуም | Χиኯխጰ шθኬукθбриዕ иն |
|---|---|
| Էрс էпр оտеկи | Аኸዛኧуйечо зογ |
| Գи мላλожоቡ | И λуцыц |
| Աфа ኚሥф | Хи аваշ аፁωց |
| Φеբኀጆуп уմθδаሓощየጏ | Диሪо процፅ ψамኜፓаνы |
| Увυфил ቀа υλէвс | Χαկиպекруч нኪбрաшυйዳц եኛοχял |
POKAŻ WSZYSTKIE PYTANIA. Świadkowie Jehowy w Szwecji – społeczność wyznaniowa w Szwecji, należąca do ogólnoświatowej wspólnoty Świadków Jehowy, licząca w 2022 roku 22 464 głosicieli, należących do 281 zborów (w tym ponad 90 obcojęzycznych). Na dorocznej uroczystości Wieczerzy Pańskiej w 2022 roku zgromadziło się 34 365
Lista słów najlepiej pasujących do określenia "grecki kawałek w Szwecji":KORAKRÓLESTWOAMBASADANILKALMARSTRZĘPKĄSEKKĘSOMEGAKLINSKOSEZOPETASKRAWEKODŁAMEKOCHŁAPDRZAZGAARESKSIDZWONKOBudowa stacji technicznej drugiej linii metra ciągnie się aż przez 2 km. We wtorek, 21 listopada prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski wmurował tu akt erekcyjny. I zapowiedział przesunięcie Czy są jeszcze na świecie miejsca w których nie ma fabryk, nie ma pędzących samochodów, krzyku, pisku i hałasu, ale jest świeże powietrze, cisza, spokój i śpiew ptaków… Zapewne jest ich wiele, o których nawet nam się nie śniło i nie marzyło… I jednym z takich miejsc jest Gołdap… Małe miasto na końcu świata… Mała miejscowość tuż przy samej granicy z Obwodem Kaliningradzkim, co nadaje mu typowo pograniczny urok z mieszaną kulturą polską i rosyjską. To małe miasto na samym końcu kraju to miejscowość uzdrowiskowa w województwie warmińsko-mazurskim w północno-wschodniej Polsce, która niegdyś była historyczną krainą zwaną Mniejszą Litwą. Miasto leży w powiecie gołdapskim i jest siedzibą gminy miejsko-wiejskiej. Stoi nad Gołdapem pomiędzy Wzgórzami Szeskimi, a Puszczą zostało założone w 1565 roku przez księcia Albrechta przy granicy z Litwą w celu wzmocnienia tego regionu Prus Wschodnich. Prawa miejskie zostały nadane w 1570 r. Niestety miasto ucierpiało najpierw z rąk króla Zygmunta Augusta w 1623 r., kiedy to zniszczeniu uległy wszystkie budynki, z wyjątkiem ratusza. Kolejną klęską, która doprowadziła do niemal całkowitego wyludnienia miasta, była zaraza, która wybuchła w 1625 r. Pod koniec XIX wieku zaczyna przyciągać uwagę atrakcyjność geograficzna i przyrodnicza okolic Gołdapi, a Puszcza Romincka staje się ulubionym terenem łowieckim cesarza Wilhelma II. Po ponownym zniszczeniu w czasie Wielkiej Wojny miasto Gołdap i jego okolice zaczęły ponownie rozwijać się gospodarczo. Przedłużono linię kolejową, zelektryfikowano miasto i zainstalowano system kanalizacji w latach 20-tych. W czasie II wojny światowej miasto regularnie przechodziło z rąk do rąk i było ważnym punktem strategicznym zarówno dla armii niemieckiej, jak i rosyjskiej na różnych etapach niemal zapomniany przez Boga i ludzi znany jest przede wszystkim jako ośrodek narciarski i SPA. Dodatkowo można odwiedzić tutaj miejsca i atrakcje takie jak: Mini tężnie i SPA medyczne z Pijalnią Wody Mineralnej i Leczniczej „Zdrój”Tężnie słyną z dobrego wpływu na układ oddechowy człowieka i są polecane osobom po chorobach płuc w ramach rehabilitacji. Słona woda spływająca po ścianach sprawia, że powietrze wokół jest pełne jodu, tak jak to, którym możemy oddychać spacerując nad brzegiem morza. Dziś miasto ma status nizinnego uzdrowiska, które zostało przyznane w 2000 roku i jako uzdrowisko klimatyczno-błotne oferuje leczenie schorzeń układu ruchu oraz niektórych chorób reumatycznych, oddechowych i ginekologicznych. Zabiegi dostępne są również w przypadkach otyłości, osteoporozy, trudno gojących się ran i odleżyn, cukrzycy i różnych schorzeniach skóry. Stosowane w uzdrowisku borowiny wydobywane są w okolicach wsi Niedrzwica, a lokalny klimat charakteryzuje się średnio pobudzającym lasem nizinnym, który łagodzony jest przez duże połacie lasów, które otaczają region. Myślę, że to dobre miejsce na relaks, naładowanie baterii i cieszenie się czasem z najbliższymi lub sam na sam z dobrą ciśnień… Ten, prawie 47-metrowy obiekt zbudowany został w 1905 roku przez gdańskie przedsiębiorstwo atrakcja jest wizytówką miasta i jak wiele innych jest czynna tylko w okresie letnim (maj – wrzesień)Jest to stara wieża ciśnień z 1900 roku, która do 1996 roku dostarczała mieszkańcom bieżącą wodę. Odnowiona w 2009 roku jest zabytkiem architektury z panoramicznym punktem widokowym na szczycie, przytulną kawiarnią i muzeum. Gołdapska wieża jest w znakomitym stanie i stanowi wspaniały przykład wykorzystania i dbałości o zabytek techniki. Wodociągowa wieża ciśnień mieszcząca się w samym sercu miasta Gołdap to jeden z obiektów, który przetrwał lata wojny…Piękna Góra na której mieści się obrotowa kawiarnia to także centrum konferencyjne. Z pełnym wyposażeniem, klimatyzowaną salą, ładnymi widokami i smacznymi deserami. Sama gór ma 272 m nie należy do najwyższych szczytów w Polsce, ale widoki z niej są jedna z ładniejszych na tym terenie. Oprócz walorów uzdrowiskowych i krajobrazowych Gołdap posiada idealne warunki do rekreacji i wypoczynku przez cały rok. Ponadto w okolicach Gołdapi znajduje się 170 km malowniczych tras rowerowych. Stacja narciarska na Pięknej Górze słynie z wyjątkowej obrotowej kawiarni na szczycie, wyciągu krzesełkowego oraz dwóch kilometrów sztucznie naśnieżanych i oświetlonych tras narciarskich. Działa tu profesjonalna szkoła narciarska i snowboardowa, wyciąg orczykowy, tor saneczkowy i park. Najciekawsze atrakcje miasta Gołdap i jego okolicy…Sama Gołdap nie jest może atrakcyjna i popularna ale atrakcje jakie są w pobliżu miasta zdecydowanie tak… Pierwsza i chyba najbardziej popularna atrakcja to Stańczyki i dwa największe wiadukty na opuszczone wiadukty należą do największych mostów w dwa ogromne wiadukty zaprojektowane przez włoskich architektów znajdują się w pobliżu małej polskiej wsi, otoczone lasem dziś są już nie Stańczyków należą do największych mostów w Polsce. Te „olbrzymy” z betonu zbrojonego rozciągają się na prawie 600 stóp długości, mają 120 stóp wysokości i szczycą się łukami, które mają prawie 50 stóp mosty zostały zbudowane w XX wieku; północna w latach 1912-1914 i południowa w latach 1923-1926. Pełniły funkcję wiaduktów kolejowych łączących miasta Gołdap i czasie II wojny światowej przez wiadukty znajdujące się na terenie będącym wówczas częścią Niemiec pociągi przewoziły zarówno materiały wojskowe, budowlane, jak i pasażerów. Ale po zakończeniu wojny Armia Radziecka rozebrała tory kolejowe, czyniąc mosty bezużytecznymi. Do 2001 roku opuszczone wiadukty służyły skoczkom na bungee. W 2003 roku obiekty zostały sprzedane prywatnemu przedsiębiorcy. Odwiedzający mogą teraz odwiedzić mosty (za niewielką opłatą), aby z bliska przyjrzeć się tym wysokim niedalekiej odległości, dosłownie po drugiej stronie wiejskiej drogi od Mostów w Stańczykach znajduje się wysoka na 34 metry futurystyczna wieża widokowa, z której dostrzeżesz przepiękną okolicę. Przez swój ośmioboczny kształt, stała się jedną z najbardziej charakterystycznych atrakcji turystycznych Stańczyk. A w słoneczny dzień widoki są naprawdę obłędne… Takie nasze polskie, mazurskie… Warto się tam wdrapać i popatrzeć na okolice, pooddychać zwierzym i czystym powietrzem…Kolejna atrakcja godna uwagi o której mało kto wie jest Piramida w Rpie…Osobliwe mauzoleum rodowe zbudowane przez niemieckiego szlachcica zafascynowanego zamykasz oczy i wyobrażasz sobie mumie leżące w piramidach, prawdopodobnie pierwszą rzeczą, która przychodzi ci na myśl, jest starożytny Egipt. Ale po wizycie w tej dziwnej i niejasnej piramidzie w północno-wschodniej polskiej wsi Rapa, możesz znaleźć dobry powód, aby zastąpić ten znoszony wizerunek nowym, znacznie mniej Rapa została zbudowana przez Friedricha Heinricha Fahrenheita (pisanego również jako Fahrenheid), ważnego urzędnika i szlachcica Cesarskich Prus Wschodnich, który był także zapalonym kolekcjonerem sztuki i podróżnikiem po świecie. Pochłonięty współczesną fascynacją starożytnym Egiptem, popadł w obsesję na punkcie mumifikacji i wierzeń faraonów o życiu pozagrobowym. Słynny grobowiec rodziny Farenheit znajduje się w miejscowości Rapa niedaleko Bań Mazurskich (9km), tuż przy granicy z i okolice słyną jeszcze z czegoś… czegoś bardzo dobrego, a mianowicie regionalnej kuchni polsko-rosyjsko-litewskiej… A co z takiego połączenia wychodzi… najlepsze na świecie kartacze… To właśnie tam zjecie pyszne kartacze, pyzy lub cepeliny… Nazw jest kilka ale w karcie widnieją jako kartacze. Nas kierowano do słynnej restauracji Matrjoszka, w której to właśnie można zjeść te pyszne kartacze, ale my delektowaliśmy się słynnymi kartaczami w Barze „Młyn” w Baniach Mazurskich. Słynny kartacz zwany też cepelinem lub pyzą jest wielki jak pięść, a robi się go z surowych tartych ziemniaków, czemu zawdzięcza szarawy kolor i nadziewa mielonym mięsem. Tego miejsca nie można i jego okolice dla nas mieszkających w pobliżu to „koniec świata” i nie tylko takie określenia padają w stronę tego miasta i jak i całego regionu przy granicy z Rosją. Ale jedno trzeba powiedzieć, Gołdap to miasto zdrowego i spokojnego życia…W Gołdapi odetchnie się swobodnie najczystszym powietrzem w Polsce… To właśnie w Gołdapi i okolicach będzie cudowny urlop dla małych i dużych… i nie tylko latem ale i zimą… Przepiękne położenie miasta w pobliżu Puszczy Romionckiej i Jeziora Gołdap są gwarancją wypoczynku, z dala od miejskiego zgiełku. Lasy są doskonałym miejscem spacerówi wypraw rowerowych…PODOBNE POSTY:
Frappe jest proste w przygotowaniu i pomoże Ci przenieść kawałek Grecji do Twojego domu. Skorzystaj z przepisu podanego poniżej. Włącz ulubioną grecką muzykę i rozkoszuj się zimną oraz pyszną kawą!Strona głównaza darmo w sztokholmieMuzeum koników i inne ciekawostki na Gamla Stan Nie, to nie będzie kolejny post z serii spacer uliczkami Gamla Stan, choć akurat takich zdjęć mam na dysku setki. Nie przeczytacie tu też o zamku królewskim, katedrze czy Muzeum Nobla, bo o dwóch pierwszych już na blogu pisałam, a ostatnie wybitnie mi do gustu nie przypadło. Dziś będzie za to o kilku bardziej lub mniej znanych punktach na mapie sztokholmskiej starówki, o które – moim skromnym zdaniem – warto zahaczyć podczas zwiedzania szwedzkiej stolicy. A zatem, zaczynajmy ;). ŻELAZNY CHŁOPIEC Chyba każde większe miasto ma taką swoją atrakcję turystyczną, którą nazywa się sekretną czy nieznaną, bo może w przewodnikach rzadziej o niej piszą, ale i tak przyciąga turystów. W Sztokholmie taką ciekawostką jest zdecydowanie posążek żelaznego chłopca (järnpojke), znajdujący się na placu za kościołem fińskim od 1967 roku. Autorem figurki jest Liss Eriksson. Co najbardziej przyciąga w figurce, to jej rozmiar – żelazny chłopiec liczy sobie zaledwie 15 cm, co czyni go najmniejszych pomnikiem w Sztokholmie. Dodatkową atrakcją są także jego ubrania – co rusz ktoś zakłada mu jakiś szalik i czapeczkę, więc zaglądając za kościół fiński, nigdy nie wiemy, w jakim stroju chłopiec nas przywita. Jak widać na poniższym zdjęciu, w zimie doczekał się nawet pelerynki… i znicza na rozgrzewkę ;). KAMIEŃ RUNICZNY Kamienie runiczne uwielbiam i zjeździłam całkiem ładny kawałek wokół Sztokholmu, by tylko zobaczyć coś nowego. O ile, oczywiście, przymiotnik nowy może w jakimkolwiek stopniu opisywać takie zabytki ;). Taką wycieczkę po okolicy bardzo polecam, ale jeśli czasu nie starczy, a i tak chcecie zobaczyć jakiś kamień runiczny – wystarczy rozejrzeć się po Gamla Stan. Bo taką ciekawostkę znajdziemy w budynku na rogu Prästgatan i Kåkbrinken. Jakim cudem kamień znalazł się w fundamentach budynku, dokładnie nie wiadomo - zapewne trafił na plac budowy wśród innych kamieni i po prostu go wykorzystano, nic się przecież nie może zmarnować… Według szacunków archeologów, kamień pochodzi z końca XI wieku, czyli jest starszy od samego Sztokholmu ;). PUB AIFUR [ Źródło: Google Maps ] Jest to doświadczenie, które może dać po kieszeni, ale zapewniam – warto się wykosztować. Aifur to coś pomiędzy pubem a restauracją, albo raczej: część przypomina pub, gdzie można na stojąco lub siedząco (jak znajdziecie miejsce ;) ) sączyć miód pitny, a część to klimatyczna restauracja w średniowiecznym stylu. Wyobraźcie sobie sytuację, że tuż przed wejściem na salę przebrany za Wikinga kelner dmie w róg, by móc w ciszy, która właśnie zapadła, obwieścić nadejście nowych gości. Po czym przedstawia Was wszystkim już ucztującym, a następnie prowadzi na Wasze miejsca. Po chwili kelnerka w średniowiecznej sukni przynosi napoje w glinianych kuflach, zespół na żywo gra tradycyjne utwory sprzed lat, a wszędzie wokół wiszą tarcze… wystrój pubu też jest w końcu mocno średniowieczny. Mimo cen odpowiednich do lokalizacji (za danie zapłacimy ok. 200-300 koron, a za szklankę piwa ok. 100 koron), miejsce przyciąga tłumy. Rezerwację można zrobić tylko dla większej grupy, więc zaglądając tam we trójkę bez rezerwacji, odstaliśmy w kolejce pewnie ze 2-3 godziny, zanim znalazło się dla nas miejsce… Ale i tak było warto ;) MÅRTEN TROTZIGS GRÄND Niewielka uliczka wiodąca z Västerlånggatan do Prästgatan jest powszechnie znana jako najwęższa uliczka w Sztokholmie. W najwęższym miejscu alejka Mårtena Trotziga – bogatego mieszczanina niemieckiego pochodzenia, mieszkającego w Sztokholmie na przełomie XVI i XVII wieku – liczy sobie zaledwie 90 centymetrów. Ściany są ozdobione licznymi graffiti, a zrobienie sobie tam zdjęcia bez innych turystów wymaga ogromnej cierpliwości… albo przyjścia tam wcześnie rano ;). MUZEUM DREWNIANYCH KONIKÓW Położone tuż przy rynku, na lewo od Muzeum Nobla, nie przyciąga zbyt wielu turystów. Większość mija Muzeum drewnianych koników bez zaszczycenia go nawet spojrzeniem, traktując je jako kolejny sklep z pamiątkami. A przecież wszyscy wiedzą, że na Gamla Stan pamiątki są najdroższe, więc lepiej rozejrzeć się za sklepami nieco dalej od rynku… A to błąd, bo choć w budynku mieści się też sklepik, to jednak właśnie to niewielkie muzeum z darmowym wstępem jest zdecydowanie warte wizyty. Choć muzeum nie jest duże, to jednak posiada kilka ciekawych obiektów – oczywiście, zakładając, że lubicie koniki z Dalarny ;). Sporo z nich jest wystawionych na sprzedaż, choć zakupy w tym miejscu mogą nieźle dać po kieszeni - za większego konika zapłacimy nawet koron ( zł). Mi najbardziej przypadły do gustu maleńkie koniki – do niektórych dostawiano nawet lupy, bo inaczej nie dałoby się im dokładnie przyjrzeć! Jak już wspomniałam, wstęp do Muzeum drewnianych koników jest darmowy. Od maja do grudnia muzeum jest otwarte codziennie, w marcu i kwietniu tylko od wtorku do soboty, zaś w styczniu i lutym – jeśli naszłaby nas ochota na zajrzenie do środka, musielibyśmy umówić się na indywidualne zwiedzanie. Naturalnie na Gamla Stan znajdziecie dużo więcej pięknych i ciekawych miejsc, do których zdecydowanie warto zajrzeć. A najlepiej po prostu schować mapę i przewodnik do plecaka i po prostu pozwolić sobie pobłądzić po tych małych, klimatycznych uliczkach… Bo Gamla Stan jest piękne o każdej porze roku :)