🥇 Kawałek Grecji W Szwecji

kawałek Grecji w Szwecji; Ostatnio dodane hasła. w starożytności zbroja zdobyta na wrogu; analogiczność, zgodność, wspólność; otaczają mózg albo dętki; laureat pokojowej Nagrody Nobla w 1971 roku; pracy lub rozumowania; gryzipiórek, urzędas, urzędniczyna; uraz słoneczny; zawikłanie, zagmatwanie, bełkotliwość; solanka lub - To wyzwalało mnie z nastoletniej niepewności, z tego zabiegania o przynależność do grupy. Czułam jakiś rodzaj nowej siły i niezłomności, przynależność do czegoś większego niż ja. To coś, co we mnie zostało - wspomina swój pierwszy kontakt ze szwedzką naturą Katarzyna Tubylewicz Pisarka zwraca uwagę, że samotność rozumiana jako brak związku w Polsce bywa traktowana jako porażka. - Pod tym względem Szwecja jest krajem, w którym lepiej rozumie się autonomię jednostki i różnorodność ludzkich wyborów - mówi Na czym polega "bliskość poprzez dystans"? - Włoch, żeby pokazać, że mu na kimś zależy, będzie go klepał po plecach i zaprosi na huczną kolację w dużym towarzystwie. A jak twierdzi Thurfjell, w Szwecji, sposobem na bycie blisko jest zachowanie odległości Tubylewicz zauważa, że "w Szwecji już na początku pandemii zaczęto dyskutować o tym, że jest coś nieetycznego w odmawianiu osobom umierającym na COVID-19 możliwości pożegnania się z najbliższymi. Dzięki temu bliscy – oczywiście przy zachowaniu wszelkich środków ostrożności – mogą odwiedzać takich pacjentów w szpitalach" Książka "Samotny jak Szwed? O ludziach Północy, którzy lubią bywać sami" ukazała się właśnie nakładem wydawnictwa Wielka Litera Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej Karolina Walczowska: W najnowszej książce opisuje Pani samotność z dzieciństwa. Podczas spotkania autorskiego w rozmowie z Mariuszem Szczygłem mówiła Pani o samotności jedynaczki oraz specyficznej, przyjacielskiej relacji z rodzicami. Kiedy po raz pierwszy doświadczamy samotności? Katarzyna Tubylewicz: Myślę, że po raz pierwszy każdy z nas spotyka się z samotnością podczas porodu i odcięcia pępowiny - to jest doświadczenie uniwersalne dla każdego człowieka i od tego momentu poczucie oddzielenia od innych przeżywamy bardzo regularnie, bez względu na to, czy często bywamy sami w dosłownym sensie. Samotność można silnie odczuwać także w grupie. Ja byłam nieśmiałym dzieckiem i chyba najbardziej samotna czułam się, gdy znajdowałam się wśród nowych dzieci, na przykład na zajęciach angielskiego, czy na koloniach. W mojej książce opowiadam o tym, że choć mój dom rodzinny był zawsze otwarty dla moich koleżanek, lubiłam też bawić się sama, a jedną z najciekawszych form zabawy było dla mnie wyobrażanie sobie tego, w co się mogę bawić. Zawsze miałam sporą fantazję. Wielu ludzi o skłonnościach introwertycznych tak ma. W okresie dojrzewania, kiedy dla młodych ludzi rówieśnicy stają się najważniejszym punktem odniesienia w życiu także we mnie pojawiła się zwiększona potrzeba przynależności do grupy i lęk, czy na pewno znajdę w niej właściwe miejsce. Pod tym względem dojrzewanie jest strasznie męczące, zwłaszcza dla indywidualistów, bo nawet oni w wieku nastoletnim nie do końca dobrze czują się z tym, że są trochę inni od reszty. Ciekawym doświadczeniem z tego czasu był mój pierwszy wyjazd do Szwecji. W wakacje po pierwszej klasie liceum pojechałam z mamą w odwiedziny do jej przyjaciółki, która miała letni dom na wyspie Olandii, gdzie mogłyśmy żyć przez chwilę bardzo blisko natury - pełno jest tam pięknych i nawet w sezonie pustych, kamienistych plaż, bezkresnych łąk, po których hula wiatr. Na wyspie była też cisza i jakiś wyzwalający spokój. Samotnie wybierałam się na wyprawy rowerowe, sama chodziłam pływać, jeździłam oglądać wschody słońca. To wyzwalało mnie z nastoletniej niepewności, z tego zabiegania o przynależność do grupy. Czułam jakiś rodzaj nowej siły i niezłomności, przynależność do czegoś większego niż ja. To coś, co we mnie zostało. Olandia Czyli odwrotnie do Susan Sontag, którą męczyła szwedzka cisza. No tak, ale Susan Sontag poznała trochę inną Szwecję, niż ta dzisiejsza. W latach 60. to był jednak zupełnie inny kraj, choć warto dodać, że w ostrej diagnozie różnych szwedzkich neuroz, której Sontag dokonała w swoim "Liście ze Szwecji" nadal jest trochę prawdy, na przykład opisany przez nią lęk przed konfliktami. Sama przez wiele lat miałam ambiwalentny stosunek do samotności, jak wielu ludzi, bałam się jej - zastanawiałam się, co stałoby się, gdybym nie miała grupy przyjaciół, nie znalazła partnera i tak dalej. Z drugiej strony zawsze była we mnie tęsknota za tym, by pobyć sam na sam ze sobą, tęsknota za oddechem, który daje czasem tak przyjemna "osobność". W Polsce samotność traktowana jest wciąż jako życiowa porażka. Zwłaszcza samotność rozumiana jako brak związku, bycie singlem, "nieułożenie sobie życia", które jest często bardzo tradycyjnie pojmowane: "najlepiej być w związku małżeńskim, mieć dzieci, a do tego jeszcze chętnie psa i samochód". A przecież można mieć w życiu okresy pomiędzy związkami, można być singlem, ale mieć dużą grupę przyjaciół, można być w związku, ale nie mieszkać w jednym mieszkaniu, nawet w jednym mieście czy kraju, można być wreszcie osobą, która najlepiej czuje się w niezależności i nieprzynależeniu do nikogo. Pod tym względem Szwecja jest krajem, w którym lepiej rozumie się autonomię jednostki i różnorodność ludzkich wyborów. Wieczny singiel nie ryzykuje, że członkowie rodziny będą się nad nim użalali i swoim współczuciem wpychali go w przeświadczenie, że czegoś mu w życiu brak, choć sam może wcale tak nie czuje. Kiedy zaczynałam pisać książkę, miałam poczucie, że w Szwecji jest mniej lęku przed samotnością, że nie stanowi ona tabu w takim stopniu, jak w Polsce, i że większa jest szczerze wyrażana tęsknota za tym, by czasem pobyć ze sobą sam na sam, uwolnić się od oczekiwań innych. Szwedzi mają świadomość, że człowiek potrzebuje czasu na to, by nawiązać kontakt z sobą samym oraz przekonanie, że najlepiej nawiązuje się go na łonie natury. W mojej książce można znaleźć wywiad z religioznawcą Davidem Thurfjellem, który opowiada o szwedzkim poszukiwaniu duchowości na łonie natury. Szwedzi lubią więc bywać sami i 40 proc. tego społeczeństwa mieszka w jednoosobowych gospodarstwach domowych, choć nie wszyscy żyją tak permanentnie – w wielu przypadkach dzieje się tak przez jakiś okres życia. Nie ma jednak przekonania, że komuś samemu koniecznie musi być źle. W Polsce jest inaczej. Dodam jednak, że pisząc moją książkę odkryłam, że tak naprawdę w Szwecji też istnieją ukryte lęki przed pewnymi formami samotności, na przykład przed brakiem przynależności do grupy ludzi mających zbliżone do siebie wartości – Szwedzi są indywidualistami, ale są też bardzo kolektywni, wręcz stadni. Jednak na poziomie życia prywatnego samotność jest czymś, co niekoniecznie oznacza porażkę. Foto: Daniel Tubylewicz / Fotografia Visby POLECAMY: Kościół Szwecji – otwartość, tolerancja, wolność W Polsce nie mówimy także o samotności, którą można czuć nawet w grupie ludzi, o czym Pani pisze. Tak, myślę, że każdy z nas zna to poczucie, że jest wśród innych, na przykład na przyjęciu, na którym wszyscy świetnie się bawią, ale nie czuje się częścią tego, co wokół niego się dzieje, nie czuje, że ma z kimkolwiek kontakt. To może budzić jeszcze większy niepokój niż samotność wybrana, gdy człowiek chodzi samotnie po łące i zachwyca się że ma spokój a wokół jest pięknie. Szwedzka dziennikarka Malin Ekman napisała kiedyś, że najbardziej przeraża ją samotność w towarzystwie innych: "Niezdolność przebicia się. Rozmowa, której słowa nic nie pozostawiają. Bycie z pozoru części kontekstu, ale w rzeczywistości bycie poza nim". Poza tym wielu moich rozmówców zwraca uwagę na to, że formą samotności jest też brak kontaktu z samym sobą, brak samoświadomości, rozumienia swoich potrzeb i reakcji, niedobór zakorzenienia w sobie samym. Mówią o tym na przykład słynny szpieg i pisarz Vincent V. Severski oraz Peter Strang, lekarz i profesor medycyny paliatywnej. W Polsce jest sporo wielopokoleniowych domów, a poza tym większa niż w Szwecji gęstość zaludnienia powoduje, że często doświadczamy bycia w tłumie. Wspomniany przez panią Peter Strang twierdzi, że w wymiarze biologicznym wciąż jesteśmy przystosowani do przebywania w małych grupach, tłok oznacza przebodźcowanie. W Szwecji doświadcza się go rzadko, 97 proc. powierzchni kraju pozostaje niezamieszkana i nawet w szwedzkich miastach raczej nie ma tłoku na ulicach. W Polsce wszędzie jest pełno ludzi. Kiedy jestem w Warszawie lubię jeździć na rowerze po Lesie Kabackim, ale nawet tam mam czasem wrażenie, że uczestniczę w peletonie kolarskim. Jednak jak już wspomniałam, tłok wcale nie musi zmniejszać poczucia wyizolowania, które może być nawet silniejsze w tłumie. Czy w całej Skandynawii jest tak dużo międzyludzkiego dystansu? Często Polska, Rosja i Czechy są wrzucanego do tego samego worka, czego nie lubimy, chociaż... często tak samo postrzegamy kraje skandynawskie jako całość. Finlandia jest na pewno krajem jeszcze większej ciszy i jeszcze większej samotności niż Szwecja. W samej Skandynawii istnieje wiele stereotypów o milkliwych, niedostępnych Finach. Norwegia jest dość podobna do Szwecji, być może jest w niej jeszcze więcej "osobności" ze względu na demografię. Natomiast Dania wydaje się być nieco bardziej ekstrawertycznym krajem, Duńczycy uchodzą za coś na kształt Włochów Północy. Myślę jednak, że zasada bliskość poprzez dystans w dużym stopniu obowiązuje w całej Skandynawii. Co to znaczy "bliskość poprzez dystans"? David Thurfjell w mojej książce tłumaczy, że ludzie zawsze zabiegają, o to, by być akceptowanym przez innych i każdy z nas pragnie bliskości, ale to jakich metod do zdobycia akceptacji używamy zależy już od kultury, w której żyjemy. Szwedzkie kody kulturowe nakłaniają do innych form reagowania niż np. kultura włoska. Ludzie nie lubią, gdy ktoś zbyt inwazyjnie przekracza granice ich prywatności, w relacjach międzyludzkich jest więcej ostrożności, tak jakby wszystkim przyświecała idea, by nie sprawiać innym wielkiego kłopotu swoją osobą. Także dystans fizyczny, na przykład w rozmowach jest w Szwecji zazwyczaj większy niż na przykład w Polsce, a już na pewno większy niż we Włoszech. Skala samotności i wachlarz jej odcieni wydają się w Szwecji imponujące. Jedną z najbardziej skrajnych sytuacji opisywaną przez Pani rozmówców jest znalezienie ciała po trzech latach od śmierci w mieszkaniu, włosko-szwedzki reżyser Erik Gandini mówi, że właśnie o czymś takim przeczytał w gazecie. To jest ekstremum czy powszechność w Szwecji? Oczywiście, że ekstremum! Choć jednocześnie w kontrowersyjnym filmie Gandiniego "Szwedzka teoria miłości", który jest dystopijnym, kreacyjnym dokumentem przedstawiającym problem niechcianej samotności w Szwecji pojawiają się prawdziwi urzędnicy państwowi, którzy specjalizują się w poszukiwaniu krewnych i bliskich osób zmarłych w tak totalnej samotności, że nie wiadomo, co zrobić z rzeczami, które po sobie zostawili. Ze względu na pandemię koronawirusa, samotność - ta w negatywnym, wymiarze stała się na całym świecie dużym problemem. Tak, lockdowny i konieczność ograniczania kontaktów na pewno sprawiły, że wielu ludziom zaczęła doskwierać izolacja. Myślę, że jest też sporo aspektów pandemicznej samotności, o których się nie mówi. Uważam, że za mało się też dyskutuje o izolacji dzieci w wieku wczesnoszkolnym, dla nich nauka na dystans jest czymś dużo trudniejszym niż dla nastolatków. W Szwecji nigdy nie zamknięto podstawówek. Pandemia sprawiła też, że w różnych krajach różnie rozumiano kwestię solidarności. W Polsce miała polegać na tym, że okresowo wszyscy pozostają w domu, w Szwecji długo uważano, że trzeba chronić grupę narażoną na największe ryzyko, czyli seniorów, a reszta ma funkcjonować normalnie. To nie do końca się udało, zwłaszcza na początku pandemii, kiedy wirus odebrał życie wielu mieszkańcom szwedzkich domów starców. Jedna z moich bohaterek opowiada z kolei o poczuciu stygmatyzacji ludzi starszych, którzy zmuszeni byli do izolowania się w społeczeństwie, w którym wszystko w miarę normalnie funkcjonowało. Nie da się ukryć, że pandemia to taki stan, w którym nie ma szansy na to, by zachować normalność i dobre samopoczucie psychiczne. ZOBACZ TAKŻE: Polacy w Szwecji: kwarantanna uderza w jedno z podstawowych praw człowieka Czy mimo że mieszka Pani w Szwecji od dwóch dekad, praca nad książką "Samotny jak Szwed?", sprawiła, że poznała Pani Szwedów na nowo? Portret Szweda i Szwedki, który ma Pani w swojej głowie, w jakiś sposób się zmienił, czy wręcz przeciwnie - umocniła Pani swoją wizję? Myślę, że przez te dwadzieścia lat, podczas których zachowałam też, co ważne, bardzo silny związek z Polską, udało mi się zrozumieć Szwecję na tyle, że rzadko zdarza się, żeby mnie jakoś radykalnie zaskakiwała. Choć pisanie reportaży generalnie polega na tym, że pogłębia się swoją wiedzę na temat ludzi i ich sposobu myślenia, więc moja znajomość niejednoznacznej, jak każda inna dusza, duszy szwedzkiej jest na pewno większa po napisaniu kolejnej książki. Będąc osobą z dwóch światów dostrzegam zarówno wielkie różnice pomiędzy Polską i Szwecją, jak i to, że tak naprawdę nas ludzi zawsze więcej łączy niż dzieli. Mamy inne lęki, innych tematów unikamy, ale na przykład wszystkich nas łączy pewna ambiwalencja w naszym stosunku do stanu samotności w najróżniejszych jego formach. Foto: Daniel Tubylewicz / Fotografia Bohuslän A co z młodzieżą w Szwecji i ich podejściem do tematu? Obserwuje Pani swojego syna Daniela, który zresztą wykonał wspaniałe zdjęcia do książki. Jak oni podchodzą do samotności? Bardzo lubię pokolenie mojego syna. Są ciekawi i mądrzy, w podobny sposób niezależni i samostanowiący jak starsze pokolenia, ale może w jakiś sposób bardziej otwarci. Słynne szwedzkie zdystansowanie zmniejsza się bowiem pod wpływem kontaktu z innymi kulturami. Mój syn ma w sobie sporo polskiej otwartości i spontaniczności, jego szwedzcy przyjaciele też wydają mi się raczej otwarci i ciepli. To młodzi ludzie, którzy dużo w życiu już podróżowali i dla których normalnością jest obcowanie z ludźmi z innych krajów, także w Szwecji. Mam też wrażenie, że mają świadomość tego, jakie zagrożenia płyną z nadużywania mediów społecznościowych. Daniel często mówi o tym, że ciągłe wiszenie nad komórką to nowa forma alienacji. Jego dziewczyna jest Szwedką, która - w przeciwieństwie do wielu Szwedów - lubi dyskutować i się nie zgadzać – ku mojej uciesze, bo ja uwielbiam ciekawe rozmowy i ścieranie się poglądów. Mam często poczucie, że wielu rzeczy się od niej uczę. Dzisiejsze pokolenie młodych Szwedek to wnuczki pierwszych feministek, które mają zupełnie inne poczucie własnej wartości, inaczej budują związki, zresztą tak samo, jak i dwudziestoletni Szwedzi, tacy jak mój syn. Dobrze to zilustruje pewna anegdota. Daniel miał 16 lat, kiedy pojechał z kilkoma kumplami do letniego domu jednego z nich, na krótkie wakacje bez dorosłych. Ufam mu, więc nie denerwowałam się, że będą robić coś głupiego, ale byłam w pozytywnym szoku, kiedy Daniel przysłał mi SMS-em kilka zdjęć, na których razem z kolegami zajmowali się pieczeniem ciasta z kruszonką. Wcześniej pływali, szaleli, a potem upiekli sobie ciasto. Razem, chłopaki na wakacjach. Myślę, że mało w tym poczucia samotności, a bardzo dużo fajnej, nowoczesnej męskości i współpracy. Foto: Daniel Tubylewicz / Fotografia Daniel Tubylewicz - syn Katarzyny Tubylewicz i autor zdjęć do jej najnowszej książki Podobno młodzi Szwedzi wcześniej zakładają rodziny... W mojej książce mówi o tym pisarka Therese Bohman, która sama należy do pokolenia, które z zakładaniem rodziny czekało do później trzydziestki. Therese zwraca jednak uwagę na komercyjny charakter tej zmiany, która tak naprawdę nie musi tyczyć się całego społeczeństwa. Opowiada o influencerkach, które w wieku dwudziestu paru lat rodzą dzieci, a potem chwalą się na Instagramie idealnym życiem rodzinnym. Myślę, że to raczej pewien trend, a nie znacząca zmiana społeczna. Mam wrażenie, że dzieci w Szwecji znacznie szybciej dorastają: wakacyjna praca już w nastoletnim wieku, samodzielne mieszkanie, poczucie odpowiedzialności wobec państwa - "dostałem pomoc, to teraz muszę ją odpracować". Faktycznie tak jest? W Szwecji obowiązuje model wychowywania dzieci, w którym z jednej stronie poświęca się najmłodszym ogromnie dużo czasu i ma się dla nich od najmłodszych lat dużo szacunku, a z drugiej strony wierzy się w ich kompetencję i samodzielność. Szwedzkie przedszkolaki szybciej radzą sobie z samodzielnym wiązaniem sznurowadeł od przedszkolaków polskich, a nastolatkowie poświęcają część wakacji na zarabianie pieniędzy. Przykładowo mój syn w wieku 15 lat pracował podczas wakacji w domu starców na oddziale dla osób z demencją i... uwielbiał to. Może dlatego, że jest osobą bardzo empatyczną. Poza tym miał być po prostu towarzystwem dla mieszkańców, chodził z nimi na spacery i grał w różne gry planszowe. Było to możliwe dzięki gminie, która co roku oferuje młodym ludziom wakacyjne prace, czyli nawet w takich sprawach można liczyć na pomoc "opiekuńczego państwa". Szwedzcy maturzyści często przed rozpoczęciem studiów pracują pół roku w kasie sklepu spożywczego, a potem za zarobione pieniądze podróżują po całym świecie. Przyjaciółka mojego syna zdążyła przed pandemią polecieć sama na kilka miesięcy na Kubę, żeby uczyć się tam tańczyć. Dodam, że bardzo słabo znała hiszpański i nie miała na Kubie żadnych znajomych. Poradziła sobie ze wszystkim sama, dziewiętnastolatka. Gdzie w tej całej samotności szwedzkiej jest miejsce na prawdziwą miłość? Czy może właśnie, prawdziwa miłość to ta wolna od wspólnych zobowiązań: kredytów, domu, samochodu? W Szwecji w latach 70. socjaldemokraci wprowadzili indywidualne opodatkowanie małżeństw, które zreformowało myślenie o rodzinie. Dyskutowano wtedy sporo o tym, czym jest miłość i związek. Ciekawie o tym piszą Henrik Berggren i Lars Trädgårdh, autorzy książki "Czy Szwed to człowiek?", których zdaniem w Szwecji żywe jest wyobrażenie o miłości czystej, która zbudowana jest na uczuciu, a nie na wzajemnym uzależnieniu. Można więc powiedzieć, że ci "zimni Szwedzi" są romantykami Europy, ponieważ postrzegają małżeństwo przede wszystkim jako związek uczuciowy, a nie jako podstawową instytucję społeczną, której celem jest wychowanie dzieci. Dodam, że szwedzcy rodzice wspaniale wychowują dzieci także po rozwodzie, są od tego na pewno wyjątki, ale szwedzką normą jest dzielenie się opieką nad dziećmi po połowie. ZOBACZ RÓWNIEŻ: Katarzyna Tubylewicz w mocnych słowach o krytyce szwedzkich regulacji dotyczących pandemii Wprowadzenie indywidualnego opodatkowania małżeństw wpłynęło na to, jak Szwecja wygląda dzisiaj. Absolutna większość Szwedek jest aktywna zawodowo - prawie 80 procent pracuje, to najwyższy procent zatrudnienia kobiet w całej UE. To co także wyróżnia Szwecję to fakt, że w centrum zainteresowania szwedzkiego państwa opiekuńczego nie jest rodzina, jak w Polsce czy Niemczech, ale jednostka. Poza tym, rodziny w Szwecji mogą mieć różny kształt i zawsze mają te same prawa: tęczowa rodzina nikogo tutaj nie dziwi… Jaki jest przepis na udaną relację ze Szwedem? Myślę, że nie ma takiego przepisu podobnie, jak nie wiem, jaki jest przepis na udaną relację z Polakiem. Za to w budowaniu nowych znajomości w Szwecji pomaga branie udziału w jakichś kursach, zajęciach, zapisanie się do dyskusyjnego klubu książki lub na zajęcia wspinaczki. Sama mam sporo przyjaciół z jogi, którą praktykuję od wielu lat. Łatwiej też o nowe znajomości, gdy ma się małe dzieci, które często bawią się z innymi dziećmi po przedszkolu czy szkole. A jeśli szuka się flirtu czy miłości, to jak w wielu krajach chyba najłatwiej to robić na różnych internetowych portalach randkowych itp. W Szwecji króluje też z tego, co wiem Tinder, pomaga w przełamaniu pierwszych lodów. Foto: Daniel Tubylewicz / Fotografia Fårö Gdzie i jak turysta może doświadczyć szwedzkiej samotności? Właśnie w tych malowniczych miejscach, które także Pani opisuje w książce, a może gdziekolwiek w Szwecji, bo przecież zaledwie 3 proc. terenu tego kraju jest zamieszkane. Nawet jeśli jesteśmy w Sztokholmie, wystarczy wsiąść na prom i popłynąć na którąś wyspę Archipelagu Szwedzkiego, a jest ich kilkadziesiąt tysięcy, więc wybór jest ogromny. Ja uwielbiam wyspę Utö, która jest zupełnie zjawiskowym miejscem: lasy, skały, turkusowy kolor morza jak w Grecji i mnóstwo terenów do jazdy na rowerze. Poszukując krajobrazów samotności jeździliśmy z Danielem po całej Szwecji. Odwiedzaliśmy też miejsca, w których w sezonie bywa dużo ludzi, ale wybieraliśmy taki czas, kiedy panowała tam pustka W ten sposób Daniel zrobił świetne zdjęcia na wyspie Fårö, na której mieszkał i tworzył przez wiele lat Bergman i na sąsiadującej z nią, dużo większej Gotlandii, którą Szwedzi chętnie odwiedzają latem, ale my wybraliśmy się tam w styczniu. Inna rzecz, że w Szwecji nawet w pełnym letnich turystów kurorcie zawsze znajdzie się kawałek pustej plaży i dużo przestrzeni do samotnych spacerów. Bardzo malownicze są regiony Skanii, ja uwielbiam Österlen, krainę, w której mieszka wielu artystów i pisarzy, często nazywaną szwedzką Prowansją. Pełno tam przepięknych łąk, pól, łagodnych wzniesień i zapierających dech w piersiach nadmorskich widoków. Bardziej dramatyczną naturę można znaleźć na zachodnim wybrzeżu Szwecji w Bohuslän. Polecam zwłaszcza okolice miasteczka Smögen. Warto dodać, że byliśmy z Danielem w naszych podróżach spontaniczni, często zmienialiśmy trasę i kierunek, a część niezwykłych zdjęć Daniel zrobił nad jeziorem koło naszego domu w podsztokholmskiej Nacka. Foto: Daniel Tubylewicz / Fotografia Österlen *** Katarzyna Tubylewicz - pisarka i tłumaczka literatury szwedzkiej. Autorka głośnego zbioru reportaży o współczesnej Szwecji "Moraliści. Jak Szwedzi uczą się na błędach i inne historie" oraz bestsellerowego przewodnika "Sztokholm. Miasto, które tętni ciszą". Jej ostatnia książka "Samotny jak Szwed? O ludziach Północy, którzy lubią bywać sami" ukazała się właśnie nakładem wydawnictwa Wielka Litera Religia w Szwecji. Przez. Gabi. -. 21 listopada 2016. 1. Szwedzkie podejście do religii zawsze wydawało mi się bardzo ciekawe. Z jednej strony Szwecja to jeden z najbardziej świeckich krajów w Europie. Z drugiej – prawie 70% Szwedów wciąż należy do Svenska Kyrkan (Kościoła Szwecji) według jego strony. Opis Opis Forclaz Pokrowiec Do Namiotu Trekkingowego Pokrowiec do namiotu jest uszkodzony? Wymień go, aby zapewnić właściwe przechowywanie, transport, oraz aby uniknąć ryzyka zniszczenia namiotu. Pokrowiec umożliwia właściwe przechowywanie namiotu. Forclaz Akcesoria turystyczne wycieczki promem do sztokholmu, rozkład emilbus, choinka zwyczaje, serial kryminał, juszczak sails, bilet wycieczkowy, zabytki w oslo, artus tourist, parking świnoujście, rejs do finlandii, rejsy darłowo bornholm, świnoujście kamery na prom, książki autorki astrid lindgren, zarób w domu, darłowo król eryk, rejsy wycieczkowe z przelotem, fiordy w bergen, dobra książka kryminalna, kawałek grecji w szwecji yyyyy Zobaczyliście kawałek Grecji – mówi z uśmiechem Jim i dodaje: musicie tu znów przyjechać…. PSL: Bez weta to absurd, ale nie wiem, jak zagłosują nasi europosłowie FACEBOOK

Spis treściDZIEŃ 1:PROM GDYNIA – KARLSKRONADZIEŃ 2: KARLSKRONA, VIMMERBY, SIGTUNAVIMMERBYNocleg w marinie w SIGTUNADZIEŃ 3: SIGTUNA, AXMARBRYGGA, MAVIKENS CAMPINGMAVIKENS CAMPINGDZIEŃ 4: MAVIKENS CAMPING & BURTRASK CAMPINGDZIEŃ 5: BURTRASK, STORFOSEN, ARTIC CAMP JOKKMOKKDZIEŃ 6: JOKKMOKK, KIRUNA, NARWIKDZIEŃ 7: NARVIK, SVOLVAR, KABELVAG, GIMSOYAPodobne wpisy Plany były różne. Najpierw mieliśmy od razu z Karlskrony ruszyć na zachód w stronę Oslo i potem w stronę Flam. Żartowaliśmy czy uda nam się dotrzeć na Lofoty, ale przecież nikt nie trakował tego poważnie. W końcu na podróż po Norwegii mieliśmy jakieś 16 dni. Mało, by uderzyć tak daleko. O wszystkim jednak zadecydowała pogoda. Prognozy były tak złe, że 2-3 dni przed wyjazdem myśleliśmy o tym, czy całkiem nie zmienić kierunku. Czy nie jechać do Hiszpanii albo gdziekolwiek indziej, gdzie prognoza nie pokazuje deszczu non stop. Tak znaleźliśmy się w Szwecji. Nasza trasa to mix planowania i spontanu. O Lofotach rozmawialiśmy dłuuuugo, już zrezygnowaliśmy, ale rozmowa na Facebooku i spotkanie z Łucją w Jokkmokk sprawiło, że zmieniliśmy zdanie. Nasza trasa na Lofoty to urocze miejsca, malownicze kempingi, zwłaszcza jeden ulubiony, atrakcje dla dzieci. Przyda się? No to lecimy!:) DZIEŃ 1: PROM GDYNIA – KARLSKRONA To już wiecie!:) Więcej o naszych doświadczeniach na promie pisałam TU. DZIEŃ 2: KARLSKRONA, VIMMERBY, SIGTUNA VIMMERBY Malownicza wioska Astrid Lindgren. Dzieciaki szaleją – nasze wrażenia i dużo zdjęć z tego magicznego miejsca znajdziecie TU. Z Karlskrony jedziemy niemal pustą drogą -200 km. Nocleg w marinie w SIGTUNA Sigtunę, kawałek za Sztokholmem, wybierają nasi znajomi – ma być ładnie i urokliwie, a przed nami jakieś 340 km. Jest super! Piękne widoki. Marina, łódki, restauracja na wodzie i nocleg na parkingu z widokiem na wodę. Śniadanie, które jedliśmy w Sigtunie to niezmiennie moje ulubione. Rano obowiązkowo spacer po kolorowej uliczce, gdzie nawet supermarket wygląda malowniczo, pyszne kanelbulle w rękę i ruszamy dalej. DZIEŃ 3: SIGTUNA, AXMARBRYGGA, MAVIKENS CAMPING Po poranku w Sigtuna śmigamy dalej na północ. Tym razem postój wybieramy ze względów strategicznych (w połowie drogi, po niecałych 200 km, by dzieciaki nie były zbyt zmęczone)… i kulinarnych. Łukasz wyszukuje malowniczą AxmarBrygga – niesamowicie klimatyczna restauracja, nad wodą, świetne jedzenie – ryby, śledź, bardzo dobre desery i malownicza okolica, by wybiegać dzieciaki. MAVIKENS CAMPING Z Axmarbrygga robimy 280 km w stronę miejsca, w którym spędzimy noc. Najpierw zaglądamy na parking z widokiem na niesamowity most. Tam jest jednak za głośno i za tłoczno, by rozłożyć się na noc. Śpimy w okolicy Mjallom na zachwycającym Mavikens Camping. Czerwone domki, bardzo dobra infrastruktura, fiordy, woda i zupełnie na uboczu nasze kampery. Bajka! DZIEŃ 4: MAVIKENS CAMPING & BURTRASK CAMPING Ta bajka sprawia, że w piątek lenimy się i spędzamy powolny poranek, przedpołudnie i popołudnie odpoczywając, spacerując i podziwiając okolicę. Atrakcji jako takich dla dzieci brak, ale jest przyroda, woda, patyki, gry i towarzystwo – czego chcieć więcej? 🙂 Leniwy dzień sprawia, że długo biwakujemy w Mavikens i odpuszczamy jakiekolwiek inne atrakcje w dzień. Wybieramy kolejny kemping niecałe 300 km na północ. Burtrask Camping wita nas temperaturą 13 stopni i mocnym wiatrem. Może właśnie to sprawia, że nie jestem jego fanką, nawet pomimo cudnego różowego nieba. Dzień 5 zaczynamy lekką depresją – mokro i zimno! Uciekajmy! DZIEŃ 5: BURTRASK, STORFOSEN, ARTIC CAMP JOKKMOKK Cel: Jokkmokk, miasto Samów, ludu Północy. Po drodze, trochę dzięki marudnej Jagodzie znajdujemy miejsce niczym z bajki: wodospad w Storfosen. Niesamowite widoki, idealne miejsce na spacer lub na piknik. Spędzamy tam trochę czasu i na wieczór docieramy do Jokkmokk. Arctic Camp Jokkmokk to raj dla dzieciaków! Wielki kemping z jeziorem, gigantycznym placem zabaw, basen, sklepikiem, salą do bilarda, restauracją. Dzieci nie widzimy wcale – do późnej nocy latają po placu zabaw. DZIEŃ 6: JOKKMOKK, KIRUNA, NARWIK Jokkmokk na początek. Po śniadaniu na trawie (nie pada, nie wieje, jest więcej niż 13 stopni) i małym szale na placu zabaw. Po spotkaniu z Łucją, która wywraca nasza plany do góry nogami, ruszamy do kluczowej atrakcji w Jokkmokk, czyli Ajtte – Swedish Mountain and Sami Museum. Jak sama nazwa wskazuje muzeum poświęcone jest lokalnej kulturze i życiu ludu Samów zamieszkującego te tereny od lat. Do oglądania masa tradycyjnych ubrań, narzędzi, namiotów, w których Samowie mieszkali, a do tego przeróżne atrakcje dla dzieciaków łącznie z zabijaniem komarów na czas 😉 Gdyby to było w życiu takie proste…. 🙂 Nam najbardziej podobał się zimowy pokój, w którym można poczuć trochę tutejszej zimy. Na miejscu jest też restauracja, gdzie można spróbować tutejszego przysmaku numer 1, czyli mięsa z renifera. Renskav to jedna z typowych szwedzkich potraw – gulasz z renifera, ziemniaki, żurawina. Próbujemy też delikatnie wędzonego mięsa z renifera oraz marynowanego w sałatce. U mnie bez zachwytu, reszta zadowolona. Z Jokkmokk podjeżdżamy do Kiruny nakarmić renifery, posiedzieć trochę nad jeziorem, a potem już trasa do Narvik. Tam śpimy, by Dnia 7 dojechać na Lofoty 🙂 Trasa do Narvik, której Google Maps zaznaczyć mi nie chcą jest absolutnie zachwycająca – pustkowie, góry, śnieg w oddali, a po w sierpniu cudowne różowe niebo. Bajka! DZIEŃ 7: NARVIK, SVOLVAR, KABELVAG, GIMSOYA Pobudka w Narvik dość traumatyczna. Ledwo wstaję z Jagodą, ledwo otwieram oczy po nocy z akompaniamentem deszczu, a tu ktoś wali do drzwi. Pod kamperem nasi znajomi, z którymi podróżujemy i jakiś długowłosy Norweg. Kamper się zakopał w mule. “Budź Łukasza, bo będzie jeszcze gorzej!”…. tu powinnam zakończyć znanym hasłem “to be continued”, ale Wy już wiecie, że dojechaliśmy na Lofoty – do Svolvar, do urokliwego Kabelvag, aż wreszcie na plażę Gimsoya… ale to już inna historia 🙂 Poniżej zobaczycie wszystkie punkty na mapie (Google Maps odmówił zaznaczenia trasy, gdy wpisałam mu Jokkmokk – nie mam pojęcia, czemu) i dotychczasową trasę na Lofotach 🙂

Ile się płynie do Szwecji? Podróż promem Stenaline z Gdyni do Karlskrony trwa 10 godzin. Wiele osób, ze względu na wygodę, wybiera rejsy nocne. Dzięki takiej opcji mogą zasnąć jeszcze w Polsce, a następny dzień powitać już w Szwecji. Jeśli jednak ktoś wybiera się promem kursującym w ciągu dnia, może podziwiać piękne widoki.
Wspaniały zachód słońca, dzika plaża, albo porywający widok na górską dolinę, namiot i Wy. No to co, rozbijamy się? Ten wieczór będzie zapadnie w pamięć na długo. I w dodatku nocleg nic nie kosztuje. Nie wiadomo tylko, czy jest legalny. No właśnie, jest czy nie jest? Spis treści1 Nocowanie na dziko. Dlaczego warto?2 Gdzie można nocować na dziko w Europie?3 Albania4 Andora5 Anglia6 Austria7 Białoruś8 Belgia9 Bośnia i Hercegowina10 Bułgaria11 Chorwacja 12 Cypr13 Czarnogóra14 Czechy15 Dania16 Estonia17 Finlandia 18 Francja19 Grecja20 Hiszpania21 Holandia22 Islandia23 Irlandia i Irlandia Północna24 Kosowo25 Łotwa26 Litwa27 Luxemburg28 Lichtenstein29 Macedonia30 Malta31 Niemcy32 Mołdawia33 Norwegia34 Polska35 Portugalia36 Rumunia37 Rosja38 Serbia 39 Słowacja40 Słowenia41 Szkocja42 Szwajcaria43 Szwecja44 Turcja45 Ukraina46 Walia47 Węgry 48 Włochy Nocowanie na dziko. Dlaczego warto? Nocowanie na dziko to ważna część samodzielnego podróżowania. Rozbijanie namiotu w miejscach odosobnionych, z dala od innych daje to, co w podróżach wszyscy tak bardzo uwielbiają – poczucie swobody, spokój, intymność i bliskość przyrody. Czasem to właśnie ekscytujące miejsca, w których spaliśmy w namiocie przeradzają się w najlepsze podróżnicze wspomnienia. Nocleg w drodze na najwyższy szczyt Kosowa – Djeravicę To także jeden z lepszych sposobów na niskobudżetowe podróżowanie. Kto potrafi zamienić dostęp do łazienki, gniazdek elektrycznych, recepcję 24h i klimatyzację na brak poczucia bezpieczeństwa, sanitariatu i dołoży kilka kg do wagi plecaka, oprócz wspomnianych wyżej wrażeń zatrzyma także całkiem pokaźną ilość gotówki. Gdzie można nocować na dziko w Europie? Żeby ułatwić wybór kraju pod podróże z namiotem sprawdziłem obowiązujące przepisy i zwyczaje europejskich państw. W niektórych kategorycznie nie wolno się rozbijać, w innych nie wolno, ale są wyjątki, są wreszcie i te, w których w namiocie pod lasem można spędzić i całe wakacje. Przepisy o nocowaniu na dziko nie zmieniają się zbyt często, więc jest spora szansa, że to zestawienie posłuży Wam bardzo długo. Gdzie mogłem skorzystałem z przepisów prawnych i komentarzy oficjalnych stron turystycznych krajów. Jeśli nie udało mi się znaleźć takich informacji porównywałem opinie i dyskusje z różnych forów i portali. Oto zestawienie wszystkich europejskich krajów, z którego dowiecie się gdzie można nocować na dziko. Albania Tak. Albańczycy sami bardzo chętnie spędzają czas wolny na łonie natury i biwakują. Poza niektórymi obszarami chronionymi nie ma żadnych przeciwwskazań przed nocowaniem na dziko. Andora Nie. Nocowanie na dziko w Andorze jest nielegalne. Wolno to robić jedynie w okolicy schronisk, ale pod warunkiem, że w schroniskach nie ma już wolnych miejsc. Anglia Nie. Angielskie przepisy generalnie zabraniają biwakowania na dziko. Rozbijanie biwaków jest jedynie tolerowane i akceptowane w górach, powyżej linii zabudowań. Jeżeli natomiast chcecie rozbić się na czyjejś prywatnej ziemi musicie zapytać o pozwolenie. Austria Nie. Ogólnie, rozbijanie się na dziko jest w Austrii zabronione prawnie. Można w razie wyjątku spędzić na dziko jedną noc bez namiotu, ale pozostawanie w tym miejscu dłużej będzie już niezgodne z przepisami. Taki biwak można odbyć tylko poza terenem parków narodowych. Białoruś Tak. W Białorusi nocowanie na dziko jest legalne. Sprzyjają temu nie tylko prawo i ogromne, dzikie przestrzenie. Belgia Nie. Przepisy belgijskiego prawa nie pozwalają na nocowanie na dziko. Bośnia i Hercegowina Tak. W Bośni nie ma prawnych przeciwwskazań dotyczących biwakowania. Trzeba być jednak bardzo ostrożnym, gdyż wiele obszarów w Bośni wciąż pozostaje zaminowana. W wyborze miejsca do spania na dziko mogą zawsze pomóc miejscowi i w razie niepewności lepiej skorzystać z ich porad. Bułgaria Nie. Ale mimo że prawnie spanie na dziko jest zabronione w rzeczywistości wiele osób to robi i nikt nie próbuje zbytnio ingerować w ten stan rzeczy. Przez miejscowych, szczególnie w górach i nad morzem rozbijanie namiotu jest tolerowane i akceptowane. Chorwacja Nie. Chorwacja nie pozwala na rozbijanie się na dziko. A już na pewno nie próbujcie na wybrzeżu. Cypr Tak. Na Cyprze rozbijecie się na dziko spokojnie wszędzie tam, gdzie nie jest to wyraźnie zakazane. Czarnogóra Nie. Nie wolno tego robić, ale w wielu miejscach nikt nie powinien robić problemu turystom biwakującym na dziko. Mniej przyjemnie może skończyć się rozbicie namiotu na wybrzeżu. Czechy Nie. Przepisy podobne do austriackich. Dania Tak i nie. Nie jestem do końca przekonany jak to jednoznacznie określić. Może ocenicie sami. Dania ma takie zasady, jeżeli chodzi o nocowanie w publicznej przestrzeni jeżeli chcecie nocować na dziko w dowolnym miejscu, które nie jest czyjąś prywatną własnością nie może to być nocleg w namiocie, ani niczym “namiotopodobnym” w namocie można nocować w miejscach oznaczonych “Frie teltningsområder”. To specjalnie przestrzenie przygotowane przez komórkę Ministerstwa Środowiska i Żywności Danii. W Danii działa ponad 1000 niewielkich pól namiotowych, z których mogą korzystać turyści niezmotoryzowani. Są to przeważnie fragmenty pól rolników. Koszt noclegu za osobę wynosi do 30 koron duńskich. Mapę pól namiotowych w Danii znajdziecie tutaj. Niestety opis tylko w języku duńskim. Estonia Tak. W Estonii noclegi na dziko w namiocie są legalne. Dzikie noclegi są istotnym elementem estońskiej kultury, więc raz, że pozwala na to prawo, dwa nie powinniście mieć żadnych problemów ze strony miejscowych. Finlandia Tak. Jedynym warunkiem nocowania na dziko w Finlandii jest utrzymanie odpowiedniego dystansu od prywatnych działek i ludzkich osiedli. Finlandia ma również znakomitą sieć darmowych domków noclegowych, nad czym rozpływałem się w zeszłym roku. Nocleg pod wiatą | Finlandia Francja Nie. Prawo nie pozwala na spędzanie nocy na dziko. Grecja Nie. Prawo zabrania nocowania na dziko w Grecji. Ale czy jest to przestrzegane? Grecja jest jedną z największych niewiadomych na tej liście. Z jednej strony przeczytałem wiele opinii, że nocowanie na dziko jest akceptowane i tolerowane. Sam pamiętam nawet taką sytuację z Półwyspu Chalkidiki: rozłożyliśmy graty do spania na dziko, podszedł do nas policjant, ale nie zwrócił nawet uwagi. Z drugiej nie brakuje też komentarzy o karach, mandatach a nawet sprawach sądowych. Szczególnie odradza się nocowania w pobliżu popularnych plaż. Hiszpania Tak. Żeby nocować na dziko w Hiszpanii był legalny trzeba spełnić kilka warunków: nie więcej niż trzy namioty, bądź samochody w jednym miejscu nie więcej niż 10 kamperów w jednym miejscu nie dłużej niż trzy dni w tym samym miejscu przynajmniej 200 metrów od morza kilka kilometrów od najbliższego pola namiotowego kilka kilometrów od bazy wojskowej Zasady te nie obowiązują w regionach Andaluzja, Asturias, Aragon, Extramadura, Galicia, Navarra i Valencia, gdzie spanie na dziko jest zupełnie zabronione. W Cantabrii, Murcii i La Roja trzeba mieć specjalne pozwolenia na biwakowanie. Holandia Nie. Biwakowanie na własnych zasadach nie jest akceptowane, ale Holendrzy zaproponowali bardzo ciekawą alternatywę. Za 14,50 euro rocznie można korzystać z 150 pól namiotowych rozsianych po całym kraju. Czyż to nie jest znakomita oferta? Więcej na stronie Natuurkampeerterreiren. Mają też apkę. Islandia Tak. Islandia kusi do nocowania na dziko i jest to dozwolone w kilku przypadkach: na działce prywatnej lub państwowej w pobliżu dróg krajowych w miejscach niezamieszkałych na działce prywatnej lub państwowej w pobliżu dróg krajowych w miejscach zamieszkałych, jeśli nie ma w pobliżu pola namiotowego, lub campingu ani znaków zakazu z dala od dróg, na działkach prywatnych i państwowych, jeśli nie jest to wyraźnie zabronione (znaki) Dozwolone jest spędzenie jednej nocy w jednym miejscu. Nie wolno także spęczać nocy w camperach i przyczepach campingowych poza miejscami do tego wyznaczonymi. Weźcie też poprawkę na to, że Islandia przeżywa ogromne oblężenie turystyczne. Jeśli biwakujecie na dziko posprzątajcie po sobie na wulkaniczny błysk. Irlandia i Irlandia Północna Nie. Problem polega na tym, że większość wyspy to ziemia należąca do prywatnych właścicieli. Jeżeli uda Wam się znaleźć nie zajęty skrawek przestrzeni, możecie się rozbić, jest to przez mieszkańców tolerowane. Kosowo Tak. Bardzo miłe i przyjemne miejsce do podróżowania z namiotem na dziko. Należy zachować ostrożność względem terenów na których toczyły się działania wojenne. Wciąż mogą tkwić tam miny. Łotwa Tak. Legalne, akceptowane i tolerowane. Odpuście tylko parki narodowe i obszary chronione. Dla własnego komfortu możecie też nieco oddalić się od miejsc zamieszkanych. Litwa Tak. Podobna kultura nocowania na dziko jak w Estonii i Łotwie. Kraje nadbałtyckie trzymają się mocno razem w tym aspekcie. Luxemburg Nie. Brak miejsca 🙂 Lichtenstein Nie. Ale tego nie jestem w 100% pewny. Nie udało mi się do końca potwierdzić tej informacji. Jeśli nie wiadomo do końca, że wolno, wolę przyjąć, że nie wolno. Macedonia Nie. Prawnie nie, ale w praktyce przepisy nie są stosowane. Trek po macedońskich górach z namiotem za pazuchą to może być jedna z bajek, w której zechcielibyście się znaleźć. Malta Nie. Żeby spać na dziko na Malcie potrzebne są specjalne pozwolenia, o które można wystąpić do przedstawicieli lokalnych władz. Nie wiem czy jest sens się trudzić, bo na Malcie jest kilka przyjemnie położonych pól namiotowych a rozmiar wyspy nie nastręcza problemu w dotarciu do nich. Niemcy Nie. W Niemczech jest podobnie jak w Austrii i Czechach – jeden biwak bez namiotu na jedną noc w jednym miejscu. Nie daje to żadnego komfortu podróżowania na dziko z namiotem. Mołdawia Tak. Jedynym problemem może być znalezienie dobrze osłoniętych miejsc, gdyż poza miastami Mołdawia to głównie łąki i pola. Świetnym pomysłem na Mołdawię jest podróż rowerowa połączona z nocowaniem na dziko. Jak się zabrać za podróżowanie po Mołdawii pisałem ostatnio w poradniku Jak podróżować po Mołdawii? Norwegia Tak. W Norwegii istnieje kult spędzania czasu na łonie natury i idzie za tym pełne prawo obywateli i turystów do spędzania nocy na dziko. W górach i totalnej dziczy nie ma ograniczeń co do ilości noclegów. W miejscach zamieszkałych trzeba rozbić się przynajmniej 150 m od najbliższych zabudowań i można tak spędzić maksymalnie dwie noce. Polska Tak. EDIT: Od 21 listopada 2019 do 23 listopada 2020 można nocować na dziko na terenie Lasów Państwowych w wyznaczonych obszarach. Lasy Państwowe uruchamiają pilotażowy program, który ma ułatwić spędzanie czasu na łonie natury miłośnikom przyrody. Oto mapa miejsc, w których można legalnie biwakować na dziko: źródło: Lasy Państwowe W Polsce możecie też legalnie nocować na dziko na plażach nad jeziorami i rzekami oraz łąkach (dziękuję za komentarze). Dla wielu może to być zaskoczeniem, (bo przecież nie raz w spokoju nocowało się przecież gdzieś w lesie, czy nad jeziorkiem, prawda?), ale polskie przepisy nie zezwalają na spędzanie nocy w lasach, czy plażach. W Polsce można rozbić się w miejscach do tego wyznaczonych, ale wtedy chyba nie do końca jest to nocowanie na dziko. Portugalia Nie. Szczególnie w sezonie przestrzega się przez biwakowaniem na dziko. Ze względu na wysokie ryzyko wzniecenia pożaru Portugalia zachęca do korzystania z pól namiotowych. Bardzo restrykcyjnie Portugalia podchodzi do plaż. Niektóre są monitorowane. Rumunia Nie. Oficjalnie. W praktyce wiele osób podróżuje po Rumunii z namiotem. Lubią to też robić miejscowi, co nie znajduje zbyt wielu przeciwników. Przepis o zakazie biwakowania jest w Rumunii w zasadzie martwy. Rosja Tak. Jakże mogłoby być inaczej? Odradza się nocowanie blisko zabudowań. Serbia Tak. Wszędzie poza miejscami, w których jest to wyraźnie zabronione jak parki narodowe itp. Słowacja Tak. Wyjątki stanowią miejsca chronione poziomu 3 (parki narodowe i rezerwaty) oraz lasy. Obóz musi być rozbity przynajmniej 50 m od lasu. W tym wypadku las jest rozumiany jako pole oznaczone jako las na mapie. Nie wolno rozpalać ognisk. Słowenia Nie. Wg. przepisów nie wolno biwakować w Słowenii. Szczególnie odradza się spędzanie nocy na dziko w pobliżu najbardziej popularnych atrakcji turystycznych. W pozostałych częściach kraju sami Słoweńcy biwakują chętnie. Szkocja Tak. Przepisy pozwalają na spanie na dziko w Szkocji. Zasadą jest rozbijanie się z dala od dróg i ludzkich osiedli. Zasady: nie wolno pozostawiać śladów palenisk nie wolno rozbijać się w miejscach, w których jest już dużo ludzi śmieci zabieramy ze sobą Przyda Wam się także zapoznać z Scottish Outdoor Access Code, czyli kartą praw i obowiązków osób spędzających czas na łonie natury. Szwajcaria Nie. Szwajcarzy nie zdecydowali się zezwolić na nocowanie na dziko i grożą ca to bardzo wysokie kary. Akceptowane jest obozowanie powyżej poziomu lasu w górach, ale poza obszarami chronionymi. Szwecja Tak. W jednym miejscu można pozostać max. 2 dni. Szwedzi postanowili ułatwić turystom podejmowanie decyzji o rozpaleniu ognisk i wymyślili aplikację BRANDISK Ute, dzięki której można sprawdzić czy w danym miejscu jest to dozwolone. Turcja Tak. Jest legalne. Oficjalna strona turystyki w Turcji prosi jedynie o: zakopywanie kału z dala od źródeł wody niepozostawianie śladów palenisk/używanie palnika nie ścinanie i nie uszkadzanie drzew zabieranie ze sobą śmieci Ukraina Tak. Newralgicznymi miejscami są strefy przygraniczne, gdzie można spodziewać się kontroli. Walia Nie. Zasady takie same jak w Anglii. Węgry Tak. Z czymże trudno znaleźć tu przyjemne miejsce do noclegu na dziko, które nie jest rezerwatem natury, albo prywatną własnością. Włochy Nie. Nie. I jeszcze raz nie. Decydując się na spędzanie nocy na dziko pamiętajcie jeszcze, bez względu na kraj, o kilku uniwersalnych zasadach. Trzeba ich bezwzględnie przestrzegać: uważajcie na ogień. Jeżeli rozpalacie ognisko, gotujecie na palniku, kontrolujcie co się dzieje a po ukończeniu czynności zadbajcie by wszystko zostało wygaszone uważajcie na dzikie zwierzęta. Nie przeszkadzajmy im, nie karmimy, nie zwracajmy na siebie uwagi, nie wydzierajmy się. Traktujmy nocowanie na dziko jakbyśmy byli u kogoś w domu w parkach narodowych, rezerwatach można nocować na dziko tylko i wyłącznie w wyznaczonych do tego miejscach. Chyba, że jest napisane inaczej uważajcie na strefy militarne, przygraniczne i tereny zaminowane. jeżeli jesteście na czyjejś ziemi w pierwszej kolejności pytajcie właściciela o zgodę. Również nie życzycie sobie, żeby ktoś obcy rozbijał się na Waszej działce bez poinformowania. Jakie są Wasze doświadczenia z nocowaniem na dziko w europejskich krajach? Mieliście jakieś niezaplanowane spotkania z policją? A może zupełnie nieświadomie spędziliście kilkanaście noclegów pod namiotem, tam gdzie nie powinniście tego robić? Jestem ogromnie ciekaw jak wyglądało to u Was w praktyce. A jeżeli nigdy nie mieliście okazji nocować na dziko dajcie znać, od którego kraju najchętniej byście zaczęli.
Pańszczyzna – w okresie feudalizmu forma renty feudalnej świadczonej przez chłopów na rzecz właściciela ziemskiego, z tytułu jego zwierzchniego prawa własności do ziemi [2], w wymiarze ustalonym jednostronnie przez niego, bądź według norm zwyczajowych lub prawnych [3] [4] [5]. Pierwotnie podstawą odrabiania pańszczyzny było
W końcu wyruszyliśmy parostatkiem w piękny rejs. W czasach pandemii do ostatniej chwili nie wiadomo, czy wycieczka dojdzie do skutku, czy też zmienią się przepisy albo covidowy test wyjdzie pozytywny. Michał, ja i moja klaustrofobia zameldowaliśmy się w na promie w małej kajucie bez okna na całe 10 godzin. Na zdjęciach nasz pokój na morzu wyglądał na mniejszy, ale w rzeczywistości czuliśmy się jak w większej kuszetce w PKP. Nawet za bardzo nas nie wytrzęsło. W tym roku nasz #zimowyroadtrip był bez śniegu, ale i tak dobrze wybraliśmy kierunek. Z krajów, które rozważaliśmy wszystkie były niedostępne, oprócz właśnie nieodkrytej przez nas Szwecji. Dlaczego wybraliśmy prom? Chcieliśmy spróbować innej formy przemieszczania się, więc postawiliśmy tym razem popłynąć, a nie polecieć. Dzięki temu ruszyliśmy przed siebie własnym (tzn. banku i SONY) samochodem, w którym zmieściliśmy kołdrę puchową od babci (czasami śpimy w aucie), domowe obiady oraz dużo ciepłych ubrań. Drugi powód chyba jest ważniejszy – na tamtą chwilę, przekraczając, granicę promem nie obowiązywała nas kwarantanna w Polsce. Gdzie tu jest logika? Na pewno nie w tym, że promu nie uznają za zbiorowy środek transportu. Pewnie dlatego kazali wykupić nam miejsce w kabinie :> Płynęliśmy z Gdyni do Karlskrony Steną Line. Jaka jest szwedzka Skania? Na tym wyjeździe odkrywaliśmy Skanię, czyli szwedzką krainę, która leży po drugiej stronie Morza Bałtyckiego. Skania jest najbardziej na południe wysuniętą prowincją Szwecji. W tych stronach nie będziemy brodzić w zaspach śniegu i podziwiać zorzy polarnej. W Skanii dominują płaskie pola uprawne, strome klify, łagodne wzgórza oraz zatoki pełne morskich kurortów. Trochę odbiega od wyobrażenia o tradycyjnej Skandynawii 😉 Do XVII Skania była częścią Danii i do tej pory mieszkańcy uważają ten region za odrębny od reszty Szwecji. W tych stronach zobaczymy typowe, drewniane i kolorowe domki, ale także budownictwo ryglowe (mur pruski). W mniejszych i większych miastach w Skanii nie widziałam sklepów z pamiątkami. Nigdzie. Nie to, że lubię bibeloty z Chin, ale chciałam Tutisiostrze kupić magnes z Pipi Pończoszanką. Nie udało się. Tutaj pewnie nawet z muzeów nie wychodzi się przez sklep z pamiątkami 😃 Być może w sezonie w kurortach można zobaczyć stragany z duperelami, ale na razie ja nie widziałam żadnych 🙂 i to jest pierwszy kraj, w jakim byłam, który jest wolny od sklepów z pamiątkami z Chin. Publiczne toalety są mocną stroną Szwedów. Gdzie bym nie spojrzała, to widziałam wskazówki na WC. Nieważne czy to był środek miasta, czy puste pole gdzieś w dziczy. Toalety są wszędzie. Możecie pić hektolitry kapucziny, a potem iść zwiedzać, a czysta łazienka z papierem toaletowym się znajdzie. Niech Hiszpania się uczy od Skandynawii. W Szwecji nie każdy ma firanki w oknach, a na pewno większość osób ma ogród botaniczny na parapecie. Z każdego, szwedzkiego mieszkania wyszłabym z kilkoma szczepkami kwiatów, a najchętniej wzięłabym te wielkie kaktusy pod pachę i posadziła je u siebie. Na szwedzkich oknach królują skrzydłokwiaty, kaktusy i begonie. Dużo zieleni i to zadbanej 😉 W Szwecji można nocować “na dziko”. Namiotu nie rozbijecie gdzie popadnie w parkach narodowych ani na cudzej posesji. Mimo tej wolności w wielu miejscach w Skanii był zakaz biwakowania i najlepsze miejscówki były oznakowane oczojebnym znakiem “no camping”. Trochę trzeba było się naszukać, ale udało się spać w lesie, nad jeziorem i przy strzelnicy wojskowej. Rano śniadanie urozmaicały nam strzały z jakiejś głośnej broni 🙂 Wcześniej policja przeszukała teren, więc wiedzieli, że tam jesteśmy. W Szwecji dostępne są tylko 4 legalne kasyna, a ta rozrywka w trakcie pandemii stała się bardzo popularna. Przepisy są coraz bardziej zaostrzone, ale Szwedzi nie rezygnują z darmowych rejestracji. Z ciekawostek w 2001 roku otwarto kasyno w zabytkowym budynku dawnego dworca kolejowego z 1874 roku. Kładka w Sölvesborgsbron W miasteczku Sölvesborg znajduje się najdłuższa w Europie pieszo-rowerowa kładka o długości 760 metrów. W niektórych miejscach zamontowane są malutkie mostki, dzięki którym można przespacerować się po okolicznych wysepkach. To była nasza pierwsza atrakcja w Szwecji i ostatni lot drona, który stwierdził, że pomorsuje w zatoce. No i został tam na zawsze 🙂 Mokradła Borstakär i największy wodospad w Skanii Mokradła Borstakärr były naszym kolejnym celem. Wybraliśmy się na spacer po kładce i podmokłych terenach. Lata świetności mostu chyba już minęły, ale krajobrazy były świetne. Ponoć w Borstakärr znajduje się dużo nietoperzy 🙂 W sąsiedztwie znajduje się XVII wieczny zamek Christinehof, w którym obecnie mieści się muzeum, sklepik oraz kawiarnia. Na razie wszystko jest zamknięte 🙂 Kilka kilometrów dalej można podziwiać Hallamölla, czyli największy wodospad w Skanii. 23 metry żywiołu robią swoje 😉 Nazwa pochodzi od młyna wodnego, mieszczącego się kawałek wyżej. Brösarp – szwedzka Toskania Pierwszego dnia udaliśmy się na spacer po Wzgórzach Brösarp. Mówi się, że to taka szwedzka (To)Skania 😉 Falujące zielone pagórki faktycznie przypominają nieco Włochy. Wzgórza były inspiracją dla Astrid Lindgren, którą pewnie znacie z książek o Pippi Pończoszance i Dzieci z Bullerbyn. 5-kilometrowy szlak prowadzi przez soczyście zielone górki i pola 😉 Kivik – jabłkowy zakątek w Szwecji Kivik to raj dla smakoszy jabłek, centrum sadownictwa w Szwecji i jabłkowe zagłębie. Znajdziecie tutaj mnóstwo sadów i jabłoni z 70 rodzajami odmian tego owocu. To właśnie tutaj jabłka przerabiają na cydr, soki, dżemy. Z tego, co się dowiedziałam jabłka w Kivik to nie tylko towar, ale i styl życia. “Sady porastające wzgórza całego regionu Österlen wokół Kivik zapewniają 70% jabłek w całej Szwecji.” Jako że jesteśmy tutaj zimą, to pozostało nam podziwianie gołych drzew, pustego miasteczka, a po jabłkach pozostał jedynie zapach przy tłoczni cydru. Huśtawka przy “jabłkowej” fabryce też była fajną atrakcją 🙂 W sezonie można wybrać się na spacer po sadzie, który kończy się odwiedzinami w “Domu Jabłka”, aby poznać technologię przetwarzania owoców. Nam pozostała tylko wizyta w supermarkecie. Dostępne są jedynie cydry 0-2% – takie są przepisy w Szwecji. Mimo to cydr 0% robi robotę 🙂 Sok jabłko-burak-marakuja też 🙂 Tutaj nawet zimą jest sielsko i uroczo. No ale latem siedziałabym w sadzie, jadła szarlotkę i popijała cydr pod drzewkiem 🙂 Mega polecam to miejsce! W Kivik znajduje się się Kungagraven, czyli kamienny kurhan pochodzący z epoki brązu. Nasyp ma średnicę 75 metrów, a wnętrze grobu pokryte jest rysunkami, pokazującymi dawne życie mieszkańców Skanii. Park Narodowy Stenshuvud Przy miejscowości Kivik znajduje się Park Narodowy Stenshuvud. Polecam przejść ten najdłuższy szlak (niebieski?), który i tak zajmie max. 2 h, a widoki po drodze są piękne. Mroczny las przeplata się ze “zwykłym” lasem, wrzosowiskami. Potem mijamy wybrzeże, latarnię morską i fort. Park powstał w celu ochrony fragmentu wybrzeża ze wzgórzem Stenshuvud. Sandhammaren – najładniejsza plaża w Skanii Leżenie na plaży nie należy do moich ulubionych czynności i najczęściej omijam artykuły w stylu “najładniejsza plaża w…”. W przypadku Skanii nie było mi aż tak łatwo znaleźć atrakcji, które byłby dostępne w pandemii, więc plaża Sandhammaren pojawiła się na naszej mapie. Sandhammaren faktycznie można przypiąć łatkę perły Morza Bałtyckiego. Falujące wydmy, drewniane kładki porośnięte trawą i błękitna woda robią wrażenie. Na plaży poza jedną parą nikogo nie spotkaliśmy. Spacer po bielutkim, sypkim, ale twardym piasku był bardzo wyciszający. Sandhammaren słynie z najpiękniejszego i najbielszego piasku w Szwecji. Poza tym jest to jeden z największych w Szwecji obszarów wędrujących wydm. Nic dziwnego, że w obliczu kryzysów i problemów Szwedzi szukają ukojenia w kontakcie z naturą. 70% osób wybiera pocieszenie w objęciach przyrody, a 14% zwraca się w kierunku kościoła. Z tego wynika, że wędrówki i spacery mogą być zbawienne dla duszy:) Ales stenar – szwedzkie Stonehenge Ales Stenar nazywane jest szwedzkim Stonehenge. 59 głazów w kształcie łodzi ustawionych jest na malownicznym klifie. Nie wiadomo kto zbudował ten krąg i w jakim celu. Istnieje duża szansa, że miało to związek ze słońcem i czasem. Inna teoria głosi, że był to grobowiec zbudowany przez przodków wikingów. W Ales Stenar nie znaleziono ludzkich szczątków, więc być może to było miejsce kultu religijnego? Jeszcze inni uważają, że Ales Stenar to dawne obserwatorium astronomiczne, a głazy były zegarem słonecznym. Nie pokładałam w tej atrakcji wielkich nadziei. Stonehenge niewiele miało wspólnego z tajemniczością i „dobrą energią”. Za to było dużo ludzi, komercji, a to wszystko za niemałą opłatą. Ales Stenar to zupełnie inna bajka. Dotarliśmy w okolice kręgu przed zachodem słońca. Na miejscu spotkaliśmy tylko jedną parą. Było cicho, spokojnie bez tłumów i autobusów. Bez ograniczeń mogliśmy patrzeć na kamienie i obserwować, jak to miejsce się zmienia wraz z zachodzącym słońcem. Krąg jest całkiem duży, ponieważ liczy sobie 67 metrów długości oraz 19 metrów szerokości. Jest dwa razy dłuższy od Stonehenge. Dwa najwyższe głazy ustawione są na przeciwległych końcach kręgu. Nazywane są rufą i dziobem – z poziomu ziemi trudno zauważyć kształt łodzi. Ystad Ystad to urocze, kolorowe i spokojne miasto. Pewnie wiele osób ma w głowie mroczny obraz Ystad za sprawą Mankella, który osadził tutaj akcję jednego ze swoich kryminałów. Okazało się, że książki o komisarzu Wallanderze są znane na całym świecie. Ja dopiero w Ystad dowiedziałam się o istnieniu tej kultowej serii. Tym razem zwiedzanie śladami filmów zaczęliśmy od końca. Najpierw zobaczyliśmy lokalizacje z filmów, a potem obejrzeliśmy serial. Może polecacie inne szwedzkie kryminały oprócz Millenium? Jeszcze ciekawsze jest to, że Ystad jest filmową stolicą Szwecji. Znajduje się tutaj największe studio filmowe w Skandynawii, które niestety z powodu pandemii było zamknięte. Pozostało nam przespacerować się wąskimi uliczkami, pooglądać kolorowe domki i wypić kawę w jednej z kawiarni. A właśnie, kawa! Jest to dobra okazja, aby powiedzieć, czym jest szwedzka fika. Oznacza ona przerwę na kawę i ciasto, ale na Szwedów jest ona czymś więcej. Dla nich jest to stan umysłu. To jest czas, który Szwedzi spędzają ze znajomymi, popijają kawę i jedząc coś słodkiego. Fika to nie przerwa na kawę przy biurku, tylko rytuał, w którym niezastąpieni są inni ludzie. Dla Szwedów ważna jest przerwa w pracy, którą można poświęcić na umacnianie więzi społecznych. Wróćmy jeszcze na chwilę do Ystad 🙂 Zwróćcie uwagę na niską zabudowę szachulcową. Nigdzie indziej w Skanii nie ma tylu budynków (300) w tym stylu co w Ystad. Charakteryzują ją ciemne, drewniane belki i jasna elewacja. Taką zabudowę możemy zobaczyć np. w Gdańsku. Wieczorem można posłuchać hejnału z Kościoła Mariackiego. Trębacz codziennie od 21:15 do 1:00 co kwadrans gra hejnał na trąbce. Kiedyś w Ystad często dochodziło do pożarów ze względu na drewnianą zabudowę. Grany hejnał oznaczał, że w mieście jest bezpiecznie, a tradycja została do dzisiaj. Kalkugnarna – piece wapiennicze Piece wapiennicze znajdują się na otwartym polu na wschód od kościelnej wioski Östra Torp. Do XX wieku wapń przetwarzali lokalnie, a teraz budowle nie spełniają żadnej funkcji. Polecam wejść na okoliczną górkę, aby na okolicę i piece spojrzeć z innej perspektywy 🙂 Smygehuk – najdalej wysunięty na południe punkt w Szwecji Smygehuk uchodzi za najdalej na południe wysunięty punkt w Szwecji. Nie brzmiało to dla nas ciekawie, ale okolica okazała się interesująca. Raz w roku organizuje się tu najbardziej południowy pchli targ i ponoć przez cały sezon można tu zjeść rybę z wędzarni. Nas te atrakcje ominęły, ale za to mogliśmy zobaczyć XIX-wieczny spichlerz, kamienistą plażę, ale najbardziej urzekła nas dzikość tego miejsca. Może dlatego, że było po sezonie punkt widokowy był tylko dla nas, a port praktycznie nie funkcjonował. Widoki widokami, ale okazało się, że dla mnie najciekawszym punktem była rzeźba. Przez tą wielką tubę (na zdjęciu) można posłuchać szumu morskich fal. Dźwięk był bardzo wyrazisty i kojący, więc warto przyłożyć ucho do tej rzeźby i zbliżyć się do natury. Trelleborg i Wikingowie W latach 80. w Trolleborg odkryto ruiny twierdzy Wikingów. Obecnie została ona zrekonstruowana i udostępniona zwiedzającym. Tuż obok znajduje się “żywe muzeum” i wystawa poświęcona badaniom archeologicznym i pracy rekonstrukcyjnej twierdzy. Po sezon i w pandemii za bardzo nie ma co tam zwiedzać. Zobaczyliśmy jedynie teren, ale myślę, ze najciekawsze są rekonstrukcje bitwy pod Trelleborgiem i pokaz codziennego życia wojowników. Falsterbo i kolorowe domki Falsterbo to charakterystyczny cypel i jednocześnie jedna z najstarszych szwedzkich osad. Przyjechałam tutaj głównie z jednego powodu. Bardzo chciałam zobaczyć te kolorowe domki (pełniące funkcję przebieralni, składzików lub miejsc na chwilowy odpoczynek) na dzikich plażach, na których piasek jest sypki jak mąka. Pewnie w sezonie nie są aż takie dzikie, ale w pandemicznej rzeczywistości cała przestrzeń była dla nas. Skanör i Falsterbo to dwa kurorty morskie, ale nie przypominają naszych miejscowości nad Bałtykiem. Tutaj zdecydowanie jest mniej kiczu, parawanów, ale na pewno jest o wiele drożej, co zresztą widać po miejscach noclegowych. Stanowczo najpiękniejsze i najbardziej kolorowe miejsce nad Bałtykiem, jakie odwiedziłam. Kolorowe domki vel. altanki plażowe są własnością prywatną, ale właściciele nie mogą ich dowolnie przenosić, wyburzać czy przemalować. Na razie nie wydaje się nowych pozwoleń na ich budowę, ponieważ teren znajduje się w rezerwacie przyrody. Z tego względu wszelkie remonty regulowane są prawnie. Wzdłuż plaż w gminie Vellinge zobaczycie ponad tysiąc pastelowych domków 🙂 Rezerwat przyrody Måkläppen Warto podjechać na południowy kraniec cypla, gdzie znajduje się rezerwat przyrody Måkläppen. Dzikie plaże zdecydowanie na plus, ale zanim dotrzemy na łono natury, trzeba przejść przez wielkie pole golfowe. Kształt i wielkość rezerwatu zależy od pływów prądów morskich. Teoretycznie można tu zobaczyć wiele rodzajów ptaków i foki, ale nie mieliśmy tyle szczęścia. Ljunghusen – białe domki i wrzosy Na koniec wstąpiliśmy do Ljunghusen, aby tym razem zobaczyć białe domki, przy których kwitną wrzosy. Tutaj również możecie liczyć na święty spokój i ładne widoki na morze, wydmy 😉 Kilka kilometrów dalej znajduje się piekarnia Anna’s Bakery ze świetnymi wypiekami. Malmo 220 km od Świnoujścia, po drugiej stronie Morza Bałtyckiego znajduje się Malmo. Mówi się, że to dobre miejsce na weekendowy wypad. Inni mówią, że to perła południowej części kraju. Na pewno Malmo zajmuje trzecie miejsce pod względem zaludnienia w Szwecji. Miasto kluczowe jest dla kraju z uwagi na gospodarkę, kulturę, turystykę i komunikację. Wiele atrakcji było niedostępnych ze względu na pandemię. Z drugiej strony dwa dni z rzędu spóźniliśmy się na targ rybny. Wyobrażam sobie, że latem parki w Malmo świetnie sprawdzą się na rower i piknik. Mieszkańcy i turyści mają do dyspozycji aż 16 terenów zielonych. No dobra, ale co udało nam się zobaczyć? Trochę tych miast już w życiu widziałam i kolejny rynek z historyczną zabudową nie robi na mnie wrażenia. Podobnie jest z kościołami. Mimo to polecam na rynku zobaczyć Apoteket Lejonet. Okazuje się, że apteka może być atrakcją turystyczną. W XX wieku była to jedna z największych aptek w Europie, a ten design pozwolił mi się poczuć jak w Hogwarcie. Kawałek dalej znajduje się Lilla Torg, czyli taki mniejszy rynek. Historyczne budowle nadają temu miejscu wyjątkowego klimatu. Obecnie plac jest miejscem spotkań, a liczne bary i restauracje przyciągają swoją różnorodnością. Uważa się, że w Malmo przypada najwięcej pubów i restauracji na jednego mieszkańca niż w innych miastach. Kolejnym ciekawym miejscem była plaża Ribersborg, do której przynależy publiczna łaźnia. Miejsce funkcjonuje od 1898 roku i wyposażone jest w kąpielisko na świeżym powietrzy i dwie sauny. Łaźnia położona jest na końcu kilkumetrowego molo The Knotted Gun to rzeźba, która na zdjęciu wyglądała na ogromną. W rzeczywistości jest niewielka. Zauważycie, że koniec lufy skręcony jest w supeł, symbolizując pokój i niestosowanie przemocy. Charakterystycznym punktem jest także most, łączący Malmo i Kopenhagę. Dzięki niemu wycieczka z jednego do drugiego miasta (i kraju) trwa jedynie 20 minut. Na blogu znajdziecie opis naszej taksówkowej przygody na trasie Kopenhaga-Malmo. Gamla Vaster to uliczka z niewysokimi kamienicami i malutkimi domkami. Można powiedzieć, ze tutaj czas się zatrzymał. Mieszkańcy chcieli uchronić to miejsce przed urbanizacją. Jeśli w jakimś miejscu znajduje się uliczka z kolorowymi domkami, to zawsze ląduje na mojej liście miejsc do zobaczenia. Jeśli chodzi o jedzenie i knajpy to zdecydowanie możemy polecić Bagericaféet. Nie spodziewałam się, że w Szwecji moim ulubionym posiłkiem będzie bajgiel i to taki wypasiony. W menu zwróćcie uwagę na bajgla Brooklyn z łososiem, serkiem philadelphia, cebulą i miodem. Na pewno z każdego miejsca w Malmo zobaczycie Turning Torso, czyli 190-metrowy wieżowiec mieszkalny. Polecam zobaczyć całą dzielnicę Västra Hamnen. Przez dziesięć lat zespół architektów i ekologów pracował nad zmianą postindustrialnych gruntów. Wszystko po to, aby miejsce było lepsze dla ludzi i dla Ziemi. Domy powstały z piachu, kamienia i drewna. Dachy pokryto roślinnością, która filtruje powietrze, a energię dostarczają panele słoneczne i elektrownie wiatrowe. Z kolei zimą kaloryfery podgrzewa woda termalna. Co ciekawsze, mieszkańcy chętnie poruszają się pieszo lub rowerem, ograniczając ruch samochodowy. Lokatorzy zobowiązali się stworzyć minimum 10 Zielonych Punktów tj. karmników dla ptaków, kwietników i ogródków warzywnych. Västra Hamnen to pierwsza taka inicjatywa ekologiczna w Europie. Miejmy nadzieje, że będzie wyznacznikiem nowoczesnego i świadomego budownictwa 😉 Jakriborg – gdańska starówka w szczerym polu Zanim dotarliśmy do Lund, zatrzymaliśmy się na chwilę w Jakriborg. Wyobraźcie sobie gdańską starówkę w polu – tak dokładnie wygląda osiedle Jakriborg. Ten wytwór udaje średniowieczne miasto w stylu gotyku hanzeatyckiego. Do „miasteczka” wchodzi się przez bramę w obronnym murze i nagle mamy przed oczami inny świat. Pastelowe kamieniczki, strzeliste dachy, ozdobione drzwi, a to wszystko ciągnie się wzdłuż wybrukowanej ulicy. Spotkaliśmy tylko kilka osób, więc czuliśmy się jak byśmy byli w opuszczonym, kolorowym miasteczku albo na planie filmowym. Niby jest to zwykłe, podmiejskie osiedle, ale z drugiej strony bardziej przypomina średniowieczne miasto widmo. Lund – miasteczko uniwersyteckie Mieliśmy już trochę dość miast, ale Lund było po drodze i słyszałam, że jest bardzo ładne i kameralne, więc zatrzymaliśmy się tu na kilka godzin. Zdecydowanie wśród miast w Skanii Lund jest u nas na 1 miejscu. Jest to bardzo kameralne, urocze i spokojne miasteczko. Idealnie nadaje się na pocztówkę! Starodawna zabudowa ładnie się komponuje z brukowanymi uliczkami, kolorowymi kamienicami i zielenią. Kolejki do barów przypomniały nam czasy studenckie i te przed pandemią. A właśnie, Lund to miasto uniwersyteckie. Znajduje się tu najstarszy uniwersytet w Szwecji, który też uchodzi za najładniejszy w kraju. Główny budynek jest przepiękny i wszyscy studenci po zdanych egzaminach przychodzą tutaj zrobić sobie zdjęcie. Skania szachulcem stoi i w Lund też go nie brakuje. Wystarczy przejść się po Starym Mieście, aby zobaczyć charakterystyczne budynki. Jedną z największych atrakcji w Lund jest katedra. Jest to jeden z najstarszych kościołów w Szwecji i jedyny zachowanych w stylu romańskim. Mimo tego “naj” katedra jest bardzo skromna, trochę mroczna i surowa. Polecam wejść do środka! Z zewnątrz świetnie prezentuje się Dom Króla, w którym obecnie znajduje się Wydział Filozofii. Wystarczy spędzić kilka godzin Lund, aby się nim zauroczyć 🙂 Sielska wyspa Ven Czytaliście książkę Dzieci z Bullerbyn”? To świetna opowieść o sielskim życiu z dala od cywilizacji. Okazało się, że takie miejsca jeszcze istnieją. Na Wyspie Ven na stałe mieszka ok. 370 osób, a największa odległość na wyspie wynosi tylko 3,5 kilometry, więc samochody nie są aż tak potrzebne. Ludzie zazwyczaj poruszają się pieszo lub rowerem. Na wyspie kursuje tylko jeden autobus. Mieszkańcy ponoć są bardzo mili i przyjaźni. Brzmi jak idealne miejsce…na odpoczynek 😉 Ven słynie z sielskiego krajobrazu, pięknych plaż, jeszcze ładniejszych klifów i ponoć uroczych knajpek. Wyspę obeszliśmy może nie dookoła, ale zrobiliśmy trasę w kształcie klepsydry. Niestety po sezonie nie można wypożyczyć roweru, a to idealny sposób na poznanie wyspy. Latem na pewno nie zabraknie dla Was roweru, ponieważ mają ich aż 1500 na wynajem. Wbrew pozorom krajobraz w trakcie wędrówki był bardzo różnorodny. Szliśmy przez pola, port, podziwialiśmy klify, drewniane domy – ogólnie to miejsce kojarzyło nam się momentami z polską wsią. Bardzo żałuję, że przez brak sezonu i pandemię nie mogliśmy usiąść w kawiarnianym ogrodzie na herbatę. Jestem pewna, że ta wysepka latem jest jeszcze bardziej magiczna i sielska 🙂 Ven cały czas kojarzy się z duńskim astrologiem i alchemikiem Tycho Brache, które stworzył tutaj własne obserwatorium. Dokonał jednych z większych odkryć związanych z ruchem komet i księżyca. Obserwatorium już nie istnieje, ale muzeum można zobaczyć. Söderåsens nationalpark – szwedzki Wielki Kanion Popołudnie spędziliśmy w parku narodowym Söderåsen. Uznawany jest za jeden z piękniejszych naturalnych atrakcji w Skanii. Lasy bukowe w połączeniu ze stromym wąwozem faktycznie zasługują na określenie „Wielki Kanion Skanii”. Wędrowaliśmy przez drewniane pomosty, kamienne ścieżki i leśne dróżki. Park przecina 6 tras pieszych o łącznej długości 50 km. Kulla Gunnarstorps Mölla Kulla Gunnarstorps Mölla to holenderski młyn. Jest to jeden z najwcześniejszych tego typu obiektów, którego budowę rozpoczęta ok. 1790 roku. Möllan ma nienaruszoną maszynę do młyna i nadal może być napędzany wiatrem. Półwysep Kullaberg Półwysep Kullaberg to najdalej na zachód wysunięty punkt. Wybrzeże bogate jest w strome klify, kamieniste plaże i zielone polany. Do tego znajdziecie tu ponad 20 jaskiń. Nam udało się zajrzeć tylko do jednej 🙂 Kullaberg to także doskonałe miejsce do nurkowania, wspinaczki i obserwacji morświnów. No i w sezonie kajaki są popularne, czego chyba najbardziej żałujemy. Na pewno po drodze zobaczycie latarnię morską, która jest najjaśniejszą i najwyżej położoną latarnią. Dużo jest tych “naj” w Szwecji 😉 Zdecydowanie Kullaberg to jedno z naszych ulubionych miejsc w Skanii. Istnieją trzy główne szlaki turystyczne – czerwony, niebieski i pomarańczowy. Czerwony i niebieski prowadzą do wioski Arild. Łączą się z kilkoma mniejszymi szlakami oznaczonymi na żółto. Szlak niebieski jest dłuższy i trudniejszy do pokonania, ale prowadzi przez malownicze punkty widokowe. Warto na chwilę zatrzymać się w miejscowości Molle, która kiedyś była jednym z najbardziej luksusowych kurortów w Szwecji. Zatrzymaliśmy się w uroczej, włoskiej restauracji rodem z Toskanii 😉 Długo czekaliśmy na nasze zamówienie, ale było warto. Nimis – tajemnicza konstrukcja Szwecja, lata 80-te XX-wieku. Szwedzki artysta zbudował sobie drewnianą konstrukcję w rezerwacie przyrody. Władze przez dwa lata nie mieli pojęcia o powstałej budowli, ale z czasem planowali rozebrać liczne drewniane wieże. Autor dzieła nie dopuścił do zniszczenia konstrukcji, ogłaszając jednocześnie niepodległość swojego małego kraju. W ten sposób powstała Ladonia, czyli jedna z popularniejszych mikronacji. Są to państwa, które ogłosiły niepodległość i mimo małej powierzchni i niepewnej legalności utrzymały status kraju. Lars Vilks kontynuował rozbudowę swojego państwa mimo jawnej wojny ze Szwecją. Z drewna dryfującego powstało kilka wież i drewniany labirynt. Najwyższa z nich mierzyła 15 metrów. W 2016 roku spłonęło kilka rzeźb, ale cały czas trwa ich renowacja. Artysta nazwał swoje dzieła Nimis, co oznacza “Za dużo”. Nie tylko nie przejmował się protestami władz, ale i poszedł o krok dalej i wybudował kolejną rzeźbę. Tym razem powstał zamek z kamieni i betonu. Zdecydowanie Nimis jest jednym z ciekawszych obiektów na południu Szwecji. Ladonia jest bardzo tajemnicza i niezwykła. No i chyba instalacja artystyczna jest porządnie zbudowana, ponieważ bez problemu można było przejść tunelem między wieżami, a budulcem były tylko wyrzucone na brzeg materiały. Hovs Hallar Hovs Hallar to kolejny, malowniczy rezerwat w Skanii. Od 1971 roku objęty jest ochroną i stanowi część rezerwatu przyrody Bjarekusten. W 2017 zostało wpisane na listę “Skarbów europejskiej kultury filmowej” jako miejsce o historycznej i symbolicznej wartości dla kina. To właśnie tutaj Bergman nakręcił znaną scenę z filmu “Siódma pieczęć”. Na koniec wyjazdu wybraliśmy 2-godzinny trekking do miejscowości rybackiej Torekov. Rezerwat ciągnie się wzdłuż linii brzegowej, kamienistych plaż i soczyście zielonej trawy. Jako że było po sezonie, nie spotkaliśmy prawie nikogo na trasie. Miejscowość była praktycznie wymarła. Latem odbywają się tutaj wycieczki do świata podwodnego. Mimo że zimowy roadtrip nie miał nic wspólnego ze śniegiem, cieszymy się, że mogliśmy chociaż w niewielkim stopniu poznać Szwecję. Na pewno warto poznać Skanię ze względu na wyspę Ven, cypel z kolorowymi domkami i jabłkowy Kivik.
Gigantycznym plusem Korfu jest fakt, że położona jest rzut beretem od Grecji kontynentalnej. Aż się prosi, by podczas wakacji na Korfu, wyskoczyć choć na jeden dzień na kontynent i zobaczyć co jest tam ciekawego. Wybrzeże tej części Grecji jest niezwykle urodziwe. Skąpane w zieleni i malownicze dzięki bardzo rozbudowanej linii
5 sierpnia 2017 Około 16-tej dopływamy do Bodo (z Lofotów). Robimy zakupy w tanim sklepie Bunnpris. Zakupy to może dużo powiedziane, bo kupujemy tylko chleb (cena 7 koron - ok. 3 zł - i całkiem smaczny) i ketchup (cena za 530 ml - ok. 5 zł - bardzo smaczny). Zestawy obiadowe i dodatki do kanapek wieziemy ze sobą z Polski. W Bodo wjeżdżamy na Szlak Wybrzeża (Kystriksveien), który prowadzi z Bodo na południe do Steinkjer. Jest to jedna z najbardziej malowniczych tras samochodowych na świecie. Trasa o długości 650 km prowadzi wzdłuż wybrzeża, które pocięte jest malowniczymi fiordami. Na całej trasie znajduje się 6 dłuższych lub krótszych przepraw promowych (od 10 do 60 min). Podczas przejazdu nie warto się spieszyć, bo wzdłuż drogi rozciągają się przepiękne widoki. Po przejechaniu 40 km od Bodo spontanicznie zatrzymujemy się na małym parkingu przy drodze (GPS Przechodzimy przez mały zagajnik i naszym oczom ukazuje się widok jak z pocztówki - na cudowne wzgórza i szczyty. Spacerujemy po chropowatych skałach, które mają rewelacyjną przyczepność i żałujemy, że nie możemy się dłużej tutaj poszwendać. Przy drodze czekają na nas kolejne atrakcje i piękne krajobrazy... Przejazd przez wystające z morza góry umożliwiają nam wydrążone w nich tunele. Za długim tunelem, liczącym ponad 7 km i przebiegającym pod ramieniem lodowca Svartisen znajdujemy nocleg (GPS Zjeżdżamy z trasy. Po 300 m szutrowa droga kończy się polanką, na której parkuje już jeden kamper, ale miejsca jest tutaj wystarczająco. Rozbijamy namiot i schodzimy do brzegu fiordu, żeby w pięknych okolicznościach przyrody zjeść kolację :-) 6 sierpnia 2017 r. Wstajemy wcześnie, bo dzisiaj przed nami spory kawałek drogi i kilka przepraw promowych, które też zajmują trochę czasu. Przede wszystkim trzeba być w porcie nieco wcześniej, żeby nie okazało się, że nasz samochód już się nie zmieści na prom... Z drogi widzimy lodowiec Svartisen,pod którym spaliśmy. Jest to drugi co do wielkości lodowiec Norwegii. Do pierwszej przeprawy mam 23 km. Z Foroy do Agskardet płyniemy zaledwie 10 minut . Do następnego promu w miejscowości Jektvik jedziemy 28 km. Pogoda nam dopisuje i rozkoszujemy się pustą drogą i widokami. Prom z Jektvik do Kilboghamn płynie 60 minut. Rozsiadamy się na krzesłach na górnym pokładzie i czekamy na sygnał syreny okrętowej, który oznajmi nam, że mijamy koło podbiegunowe. Na brzegu widzimy symboliczny stalowy globus. Mijamy go z nostalgią. Czujemy, że opuszczamy powoli daleką północ... Przypominamy sobie radość, jaka towarzyszyła nam podczas przekraczania koła podbiegunowego w Szwecji w drodze na Nordkapp (czyt. tutaj) Zjeżdżamy z promu w miejscowości Kilboghamn. Do następnej przeprawy mamy 90 km i tylko trochę ponad dwie godziny na pokonanie tej odległości. To bardzo mało, bo wkoło tyle pięknych miejsc, gdzie warto się zatrzymać... Wsiadamy na prom w miejscowości Nesna i 25 minut płyniemy na drugą stronę fiordu - do Levang. Imponujący mostem o długości 1065 m przejeżdżamy na wyspę Alsta, gdzie mamy zaplanowany dwudniowy trekking na masyw górski Siedem Sióstr (De Syv Sostre). Cieszymy się, że udało nam się zdążyć na wszystkie promy. Jest godzina 17. Pogoda wymarzona. Zjadamy obiad i pakujemy plecaki na wyjście w góry. Opis wędrówki po pięknym masywie Siedmiu Sióstr już w następnym poście ;-) Informacje praktyczne: - parking przy wyjściu na malownicze pagórki niedaleko Bodo ( - nocleg na polance pod lodowcem ( - koszt promów (za 4 osoby i samochód) - Foroy do Agskardet (210 koron/ok. 95 zł) - Jektvik do Kilboghamn (387 koron/ok. 176 zł) - Nesna do Levang (241 koron/ok. 110zł)
Zofia Hohenzollern. Odznaczenia. Multimedia w Wikimedia Commons. Paweł I (właśc. gr. Παύλος Α΄ της Ελλάδας; ur. 14 grudnia 1901 w Atenach, zm. 6 marca 1964 tamże) – król Grecji w latach 1947–1964 z dynastii Glücksburgów, bocznej linii Oldenburgów. Syn Konstantyna I i królowej Zofii Hohenzollern . Aby dotrzeć w ten odległy kawałek Niemiec, trzeba jechać autem od 9 do 11 godzin. Podróż pociągiem zajmuje około 15 godzin, zaś autobusem około 12 godzin. Błogosławieństwem był więc godzinny lot z Krakowa do Hamburga, podobnie jak ten z Krakowa do Szczecina trzy lata temu. Potem jedynie trzy godziny pociągiem i człowiek jest na miejscu, w Rostock, nad niemieckim Bałtykiem, u siostry i szwagra. Nie wiem, czy znam kogokolwiek, kto nie jest naszym wspólnym znajomym, kto w to miejsce dotarł albo o nim słyszał. I dlatego chciałem o tym miejscu opowiedzieć. W Polsce oczy szczypią. To syndrom o którym pisał Filip Springer w „Wannie z kolumnadą”. Bolą od nadmiaru reklam wszelkiej maści, od chaosu architektoniczno-krajobrazowego. Szczególnie bolą zaś nad polskim morzem, tak bardzo ukochanym przez nas wszystkich. Jakkolwiek nieprzewidywalna byłaby bowiem pogoda nad naszym wybrzeżem, Polak ma sentyment, Polak ma potrzebę. Być nad Bałtykiem choć raz w roku to dla wielu luksus, dla niektórych to sentyment. Dla mnie Morze Bałtyckie jest sentymentalne na wskroś, piękne na swój sposób, bogate, bo przytulone do tylu krajów o różnej historii i kulturze. Być nad Bałtykiem to rzecz miła, nie musi to być Bałtyk nasz, może być obcy, jak rok temu w Szwecji, albo jak przed chwilą, w Niemczech Wschodnich. Purysta geograficzny poprawi mnie i przypomni, że to raczej Niemcy północne, ale nie, dla mnie to nie północ, chłodna i purytańska. Północ to może być norweska albo szwedzka, no może jeszcze fińska. To tutaj to Wschód na wskroś oswojony, bo jeszcze niedawno socjalistyczny. Ten, kto świadom historycznych uwarunkowań, wybierze się w te okolice, stwierdzi, że Niemcy to kraina swojska. Jeśli zaś pojedzie potem do Szwabii czy Bawarii nie uwierzy, że wciąż przebywa w tym samym kraju. Dlatego właśnie lubię tą wschodnią, acz północną półkulę Niemiec. Do Rostock, po trzyletniej przerwie, przyciągnął mnie ślub mojej drogiej siostry, rzecz, jak widać, niezwykle prywatna. Zastanawiałem się więc, czy oprócz mnie, oprócz rodzin innych Polaków tam mieszkających, ktoś tam jeszcze naprawdę dociera? Okazuje się, że owszem, docierają tam narody całego świata, i niekoniecznie mowa tutaj o emigrantach politycznych, czy zarobkowych. Rostock,wraz ze swoją malowniczą portową częścią w Warnemünde, to jeden z głównych portów, do których zawijają gigantyczna wycieczkowce a także promy pływające non stop między Meklemburgią a Szwecją, Danią, Norwegią i pozostałymi krajami w basenie Bałtyku. Dla tych, którzy przypadkiem lub przejazdem, przemierzać będą Meklemburgię, postanowiłem napisać ten tekst. Historia tego miejsca sięga daleko. Jedno z miast Hanzy, potężnej organizacji handlowej portowych miast północnej Europu. Jednak w tej nowszej historii, za czasów Rzeszy, umiejscowiono tam potężny przemysł, część machiny wojennej, która produkowała samoloty Heinkel. Rostock, posiadając ogromne zakłady produkcyjne tej firmy, stał się jednym z głównych celów alianckich bombardowań, które obróciły to miejsce w proch. Nie miało ono wielkiego szczęścia jeśli chodzi o odbudowę. Będąc częścią Niemieckiej Republiki Demokratycznej, stało się wielkim placem budowy, gdzie oprócz zabytkowej starówki, odbudowanej tylko częściowo, swój dom znalazła cała masa socjalistycznych perełek. Mimo to, nie jest to miejsce brzydkie i bezpłciowe, wręcz przeciwnie, Rostock i okolice potrafią zachwycić i sprawić, że człowiek naprawdę odpocznie, a może nawet umrze. Ale o umieraniu potem. Rostock to największe miasto Meklemburgii z jednym z najstarszych, założonym w 1419 roku, uniwersytetów na świecie. Warto wpaść na chwilę na stare miasto, w okolice Neuer Markt. Ostało się tam sześć budynku w stylu Hanzy, resztę odbudowano po wojnie w uproszczonym stylu. Położony tuż obok rynku kościół Mariacki to jeden z symboli miasta, do którego warto wejść choćby tylko po to, by zobaczyć astronomiczny zegar Hansa Düringera. Z tych okolic większość odwiedzających miasto rusza w spacer po głównej handlowo-turystycznej ulicy miasta – Kröpeliner Straße. Dochodząc do mniej więcej połowy tej ulicy, na placu uniwersyteckim, warto skręcić lekko w lewo i odpocząć z dala od tłumów w uroczym zaułku tuż za najstarszym kościołem miaste – Nikolaikirche. Jednak dla mnie zupełnie inna, najdalsza i najbardziej północna część Rostocku, stanowi jego największą atrakcję. Do tego miejsca przyjeżdża się, aby umrzeć – powiedział do Madzi młody chłopak z Lipska siedzący obok nas w przyjemnej restauracji na uboczu Warnemünde, kurortu na północnym krańcu miasta. Rzeczywiście, ludzie w naszym wieku stanowią tam swoiste, bardzo dziwne, odstępstwo od reguły. A regułą jest widok niemieckiego emeryta, przeplatany czasem przybyszami ze statku, którzy port w Warnemünde znają jako bramę do oddalonego o 2-3 godziny drogi Berlina. Gdzie możemy wrzucić kartki do skrzynki pocztowej? – pytamy panią w księgarni – Po drodze do statku jest skrzynka – odpowiada. Ale my nie ze statku – odpowiadamy obserwując zdziwioną minę i uśmiech – Przepraszam, tutaj wszyscy są ze statku. Skrzynka jest koło kościoła, zaraz za rogiem – wskazuje sprzedawczyni. Warnemünde jest moją ulubioną częścią Rostock. Świetnie połączona z centrum miasta kolejką (Sbahn) oraz szeroką autostradą miejską, którą ciągnie sznur samochodów w każdy letni weekend. Ta, mająca niewiele ponad osiem tysięcy mieszkańców, osada, stała się kurortem dosyć nagle i niedawno, gdy w XIX wieku z wioski rybackiej, przeistoczyła się w miejsce wypoczynku. Zamykając za sobą rozdział stoczniowy, zaprzestając koncentracji na gospodarce produkcyjnej, Warnemünde skierowało się ku turystyce. Ściągając do swojego portu wielkie firmy wycieczkowe, stało się najważniejszym portem Niemiec jeśli chodzi o statki pasażerskie. Ważniejszym, choć skoncentrowanym na towarach, jest tylko Hamburg. Przyjeżdżając do tego miejsca kolejką, niejako naturalnie, za tłumem, przekraczając jedynie mały mostek nad starym ujściem rzeki Warnow, wkracza się na urokliwą portową alejkę am Strand. Większość przyjezdnych po przejściu mostu skręci w prawo, podąży wzdłuż sklepów w kierunku latarni i miejskiej plaży, jednak jeśli na chwile poskromić naturalną miłość do wody i piasku i skręcić w lewo, trafia się na urocze uliczki najstarszej części Warnemünde. To zaledwie kilkadziesiąt metrów, a zdają się one skutecznie ukryte przed tabunami turystów. Spacerowaliśmy po nich z tatą Johannesa i za każdym razem śmiał się na myśl, jak malutkim miejscem była ta miejscowość jeszcze kilkadziesiąt lat wstecz – Wchodzimy w tą uliczkę, idziemy do końca, o tam. Właśnie tam kończyło się kiedyś Warnemünde. Cisza i spokój chyba najbardziej oddają istotę tego miejsca. Absolutnie nikt się tu nie spieszy, nie ma nachalnej obwoźnej sprzedaży, jest stylowo, czysto, na wskroś niemiecko. Choć nie aż tak jak na południu, gdyż ciągle należy pamiętać, że to byłe Niemcy Wschodnie! Większość spaceruje więc po ulicy am Strom, jednak to, co najładniejsze, najbardziej urocze i spokojne, schowane jest dokładnie równolegle do am Strom, za budynkami, na Alexandrinenstrasse. Nie ma znaczenia, gdzie człowiek pójdzie, prędzej czy później trafi na plaży. Plaża miejska w Warnemünde to miejsce niezwykle przyjemne. Przez całe lata istnienia Niemiec Wschodnich, wszystkie plaże w tej części Bundesrepubliki, były plażami dla nudystów. W zasadzie każdy Niemiec i Niemka z północy to nudysta, gdyż ci wyluzowani, otwarci na świat ludzie, nie czują skrępowania faktem, że wszystko widać. Nie ma tej naszej wstydliwości i bogobojności, która nakazuje nam odpowiedni ubiór. To właśnie z naszego powodu, z powodu tych wszystkich bogobojnych nacji przybywających do Rostock, na głównej plaży miejskiej zarządzono, iż należy wypoczywać, kąpać się i opalać jedynie w stroju kąpielowym. Wszystkie pozostałe plaże to miejsca, gdzie bez problemu można rozłożyć się jak nas Pan Bóg stworzył. Ale chyba to, co najbardziej zwróciło moją uwagę w tym sezonie letnim to brak czegoś bardzo charakterystycznego dla Polski… parawanów. Nikt tu nie przychodzi o piątej rano, by zajęć (zagrodzić) swoje miejsce. Nikomu nie przeszkadza obecność innych. W ciągu dnia na plaży leżą turyści, popołudniu przychodzą na nią mieszkańcy. Około szóstej-siódmej nie ma już praktycznie nikogo, pozostaje cisza i szum fal. Jednym z symboli tego miejsca jest najstarsza latarnia zbudowana w 1897 roku. Warto wejść na jej szczyt (2 euro) dla wspaniałego widoku okolicy. Tuż obok znajduje się z kolei jeden z przykładów socjalistycznej architektury – Teepot. Zbudowany w stylu Bauhaus przed wojną, potem zburzony przez nazistów i odbudowany w latach 60. ubiegłego wieku, dziś jest domem dla wielu nadmorskich restauracji. Drugi najlepszy widok na okolicę znajdziemy w charakterystycznym, najwyższym budynku w okolicy. Hotel Neptun i Sky Bar na osiemnastym piętrze to absolutna i totalna geriatria, gdzie nawet poziom klimatyzacji ustawiony jest pod przebywających w hotelu staruszków na niemieckich emeryturach (nikogo innego nie stać na to miejsce), a jednak serwuje się tam przepyszne kawy i ciasta, które w tych okolicznościach przyrody smakują po prostu niebiańsko. Przed powrotem do centrum Rostock, warto przejść przez mostek łączący am Strom ze stacją kolei, skierować się dalej przez ciasny tunel, przez który, jak mówił tata Johannesa, przechodzą ludzie całego świata, by potem skręcić w kierunku przystani, gdzie cumują gigantyczne wycieczkowce. Stamtąd odpływa prom (1,5 euro), który zabierze nas na drugą stronę, do miejsca, gdzie nie spaceruje już prawie nikt. Idąc wzdłuż falochronów prowadzących do czerwonej latarni przy wyjściu z portu, można poddać się totalnemu relaksowi i ciszy panującej wokół. Nad morzem można spędzić cały dzień, robiąc coś, albo kompletnie nic nie robiąc, wedle uznania. Przyjdzie jednak moment, gdy człowiek wróci do miasta. Zanim dotrze do ścisłego centrum starego miasta w Rostock, warto zatrzymać się po drodze przy jeziorze łabędzim, gdzie nad samą wodą ulokowano największy w Meklemburgii obiekt przeznaczony dla sztuki nowoczesnej – Kunsthalle, jedyne nowe muzeum zbudowane w Niemczech Wschodnich. Na zakończenie dnia w Rostock, polecam zaś kajaki w centrum miasta. Urokiem tego miejsca jest bowiem jego niezwykle bliski kontakt z naturą. Od plaż, przez rzeki i jeziora, po majestatyczne wydmy i dzikie plaże, wszystko w zasięgu ręki. Na kajaki nie trzeba nawet wyjeżdżać z centrum miasta. Rostock to naprawdę przyjemne miejsce. Na wakacje, urlop, albo chociażby weekend. A Wy, macie jakieś takie małe i niekoniecznie znane miejsca w Niemczech, do których warto wpaść? Praktycznie: Dla osób z Krakowa najłatwiejszym (i często bardzo tanim) środkiem transportu jest Easyjet z Krk do Hamburga. Dla innych regionów Polski dojazd do Szczecina i pociąg Szczecin – Rostock Z Hamburga, zakładając lot z Krakowa, przejazd na Mecklemburg-Vorpommern Karte (kupowana w czerwonych automatach Deutsche Bahn uprawniająca do przejazdów wieloma środkami komunikacji i pociągami Regional) W Rostock najlepiej przemieszczać się na karcie dziennej – Tagesskarte za 4,5 euro
Muzeum Vasa. Muzeum Vasa ( szw. Vasamuseet) – muzeum morskie znajdujące się w Sztokholmie na wyspie Djurgården. Otwarte 15 czerwca 1990 dla ekspozycji okrętu „ Vasa ”, wydobytego w 1961 z dna morskiego i odrestaurowanego. Muzeum jest częścią państwowych muzeów morskich Szwecji (obok Sjöhistoriska museet w Sztokholmie i
MIEJSCE, W KTÓRYM W JEDNEJ CHWILI PRZENIESIESZ SIĘ DO GRECJI... TYLKO WE WROCŁAWIU! Od jakiegoś roku te miejsce jest moim ulubionym jeśli chodzi o greckie jedzenie i grecki klimat. Restauracja GRECO mieści się w samym sercu wrocławskiego Rynku i świetnie oddaje to co w greckim menu najlepsze. Kiedy ostatnio przyjechała do mnie przyjaciółka z Paryża, z którą spędziłam kilka miesięcy w Grecji (pracowite bogate kulinarnie wakacje) postanowiłam zabrać ją do tej Restauracji. Naprawdę tutaj naprawdę czuję się jak w Grecji.... nawet gdy za oknem taka pogoda jak dzisiaj. Wszystko za sprawą dobrego jedzenia, mojej ulubionej greckiej muzyki, a przede wszystkim oryginalnej greckiej herbaty i pysznego wina. Po tym całym czasie jaki spędziłam w Grecji poznając kulturę, miejscowe restauracyjki i knajpki. Kto był w Grecji wie o czym mówię - niepowtarzalne smaki i aromaty greckiej kuchni. Ciężko znaleźć miejsce, w którym jedzenie jest podane bardzo podobnie jak w kraju, gdzie się kuchnię poznało. Ja miałam okazję pracować w kuchni w greckiej Tavernie. Podstawia kuchni greckiej: moussaka, sałatka grecka, souvlaki.... W Restauracji GRECO napijemy się greckiej herbaty, wina, ale przede wszystkim zjemy oryginalną pitę grecką. Oryginalna grecka herbata liściasta rosnąca na zboczach gór... wyśmienita! Co składa się na oryginalną pitę grecką? : chleb pita (nikt go nie piecze w Grecji jak się dowiedziałam od rodowitych Greków - kupuje się ten chlebek), mięso, pomidory z cebulą, tzatziki oraz frytki! Często w przydrożny kebabowniach czy małych knajpkach można uraczyć pitę grecką - ale one przeważnie nie mają nic wspólnego z greckimi przysmakami. A oto prawdziwa pita grecka. Frytki już wyjedzone przepraszam! Restauracja GRECO Wrocław, Rynek 15, Urokliwe wnętrze .... Planujesz odwiedzić Wrocław?! Kochasz Grecję? Musisz tutaj zajrzeć koniecznie! Za oknem mało wakacyjnie, ale u nas znajdziecie kawałek Grecji, kawałek Macedonii również w orzeźwiającym płynie :) Będzie nam miło znów się z Wami
W 1906 roku małżeństwo szwedzkich artystów Olga i Carl Milles kupili kawałek ziemi na wyspie Lidingö. Chcieli na położonej na skarpie działce wybudować dom z pracowniami. W 1908 roku dom nadawał się do zamieszkania. W późniejszych latach dom wciąż będzie przebudowywany. Z powodu problemów z płucami Carla (jako rzeźbiarz wdychał kamienny pył) w roku 1911 stworzono pracownię rzeźb na świeżym powietrzu. W latach 20 tych Carl stał się bardzo popularnym rzeźbiarzem. Dzięki sporemu zainteresowaniu i dopływowi gotówki rzeźbiarz kupił sąsiednią działkę i wybudował kolejne studio. W roku 1936 utworzono fundację Carla i Olgi Milles – Lidingöhem i oddali swój dom z całym terenem państwu szwedzkiemu. W 1950 roku rozpoczęto budowę dolnego tarasu na którym miały stanąć repliki rzeźb i fontanny przywiezione z USA przez artystyczną parę oraz nowego domu. Carl Milles jest obecnie najbardziej znanym szwedzkim rzeźbiarzem. Jego rzeźby można znaleźć praktycznie na całym świecie. Jest tak dlatego, że fundacja sprzedaje odlewy oryginalnych rzeźb tzn. sprzedaje oryginalne kopie (jeżeli tak to można nazwać). Z tego też utrzymywane jest muzeum Millesa. Ogród zwiedzającym udostępniono pod koniec lat 30 tych. Carl umiera w 1955 roku w swoim domu w Millesgården. Po jego śmierci jego żona – Olga wraca do rodzinnej Austrii gdzie umiera w roku 1967. Olga Milles (Granner) była malarką. Urodziła się w austriackim Graz skąd wyjechała na studia do Monachium i Paryża. W stolicy Francji poznała swojego przyszłego męża – Carla Milles. W 1905 roku byli już małżeństwem. Olga była bardzo utalentowaną portrecistką która już wieku 15 lat tworzyła zachwycające prace. Niestety po wyjściu za mąż jakby przygasła – już tyle nie malowała co wcześniej. Olga była bardzo krytyczna jeżeli chodzi o swoje prace i prawdopodobnie wiele zniszczyła bo pomimo tego, że malowała to nie ma zbyt wielu portretów jej autorstwa. Olga zdaje się też, że nie darzyła zbyt wielkim uczuciem Millesgården. Nie interesowała się jakoś szczególnie urządzaniem domu. Wykonała jedynie podłogi w jednym pokoju, korytarzu i malunki na kredensie w małej jadalni. Co ciekawe małżeństwo tylko raz współpracowało przy projekcie rzeźby Gustawa Wazy który obecnie stoi w Nordiska Museet. Malarka bardzo często jeździła do swoich rodziców w Graz – chyba tęskniła za swoją ojczyzną. Małżeństwo Olgi i Carla było małżeństwem w którym jedno i drugie miało sporo swobody. Prawdopodobnie brak potomstwa wpłynął na ich decyzję o przekazaniu swojej posiadłości państwu. Millesgården to niesamowite miejsce które naprawdę warto odwiedzić. Rześby stojące dosłownie wszędzie robią ogromne wrażenie. Millesgården posiada świetnie zaopatrzony sklepik w kórym można zakupić również przedmioty z aktualnej wystawy czasowej. Ma też swoją restaurację w której można coś zjeść albo napić się kawy.

Wikimedia Commons. Z Wikipedii, wolnej encyklopedii. W 2013 do Szwecji należało, według definicji Statistiska centralbyrån (SCB), 267 570 wysp o łącznej powierzchni 12 112,43 km² (ok. 3% całkowitej powierzchni Szwecji) i linii brzegowej o długości 67 251 km. Wyspy i wysepki morskie (ponad 100 000) stanowiły ok. 38% ogólnej liczby.

Opatija to była nasza druga baza wypadowa (po Ninie) podczas czerwcowej objazdówki po Chorwacji. Rozważaliśmy Opatię i Pulę - chcieliśmy mieć dobry dojazd do kilku miejsc na Istrii oraz na wyspę Krk, a zarazem, żeby w wybranym przez nas miasteczku też było co robić. Pula ciągnęła mnie bardziej z historycznego punktu widzenia (i patrząc wstecz, chyba bym jednak wolała tam nocować ;) ), ale Opatija wygrała bazą noclegową - w Puli ciężko było znaleźć większe mieszkanie z parkingiem przy centrum w sensownej cenie. No i z Opatii bliżej było potem do granicy i do Wiednia, co też jest plusem, bo nie lubię siedzieć godzinami w samochodzie :P. Na zwiedzanie miasteczka poświęciliśmy półtora dnia, wliczając w to też spacer po długiej promenadzie i myślę, że na Opatię tyle czasu w zupełności dzisiejszej Opatii były zamieszkane od ok. 700 roku. Na przestrzeni wieków przechodziły z rąk do rąk, ale kiedy zachodnia część Istrii trafiła w ręce Wenecjan, Opatija przypadła Habsburgom. Austriacy zresztą po dziś dzień lubią te rejony, choć cesarstwo już dawno się rozpadło - na Istrii wielokrotnie byliśmy zaczepiani po niemiecku, a większość mijanych samochodów miała austriackie i niemieckie tablice. Polaków za to napotykaliśmy zdecydowanie mniej niż na południu kraju. Boom na Opatię, który przyczynił się do szybkiego rozwoju miasteczka, nastąpił w połowie XIX wieku. Na polecenie bogatego kupca z Rijeki (Igno Scarpia) zbudowano tutaj Villę Angiolina, którą wkrótce potem przejęła firma kolejowa - w willi nocował nawet sam arcyksiążę Rudolf. Potem, jak grzyby po deszczu, w Opatii wyrastały kolejne wille i hotele - w tym najstarszy chorwacki hotel Kvarner z 1884 roku. Sporo tych perełek architektury się zachowało, niektóre w słabym stanie, inne - dzięki pieniądzom wyłożonym w renowacje - wciąż zachwycają. Zarówno park Angiolina, jak i znajdującą się w jego centrum willę, można dziś zwiedzać. W środku utworzono Chorwackie Muzeum Turystyki, w którym skupiono się jednak głównie na historii samej willi oraz Opatii, nazwa muzeum jest więc trochę na wyrost ;). Mieliśmy szczęście i akurat trafiliśmy na dzień z darmowym wstępem, więc ochoczo skorzystaliśmy - zwłaszcza, że w środku było chłodniej niż na zewnątrz... Wystawy są nieduże i na obejście całości poświęci się mniej niż pół godziny - warto jednak zajrzeć, by przyjrzeć się pięknym wnętrzom (nieco mniej: też wystawom ;) ).Przez park Angiolina ciągnie się też mur z pięknymi muralami - internet podrzuca tutaj hasło Opatija Wall of Fame, czyli ściana sławy w Opatii. Przedstawione tu postacie są w jakiś sposób związane z miejscowością - albo się tu urodziły, albo odwiedziły chorwackie wybrzeże. Znajdziemy tu Einsteina, cesarza Franciszka Józefa, Roberta de Niro czy Gustava Mahlera. Uwielbiam murale, więc i tutaj nie odkładałam aparatu ani na chwilę ;). Choć na ścianie z muralami polskich twarzy nie zobaczymy, nie znaczy to, że takich w Opatii nie znajdziemy. Spacerując wzdłuż wybrzeża, natrafiliśmy na dwie polskie pamiątki. Pierwszą ufundowała Ambasada RP w Zagrzebiu wraz z Polskim Towarzystwem Kulturalnym w Rijece i poświęcona jest Józefowi Piłsudskiemu, który w Opatii swego czasu mieszkał. Kawałek dalej, koło portu, znaleźliśmy też popiersie Henryka Sienkiewicza, który Opatię odwiedzał kilkukrotnie - ostatni raz w 1905 roku, po otrzymaniu Nagrody jak już spacerowaliśmy tym wybrzeżem, to oczywiście musieliśmy i zajrzeć do położonego tuż obok kościoła - widocznego zresztą na jednym z pierwszych zdjęć tego wpisu. Kościół św. Jakuba to jeden z głównych zabytków Opatii - oryginalnie zbudowany w 1420 roku, kompletnie przebudowany na początku wieku XVI i pod koniec XVIII, a kolejne zmiany wprowadzono jeszcze w okresie międzywojennym... Więc choć sam budynek z zewnątrz wygląda na bardzo zabytkowy, jego wnętrze po tylu zmianach jest już dużo bardziej nowoczesne. Większego wrażenia nie wywiera, ale ze względu na jego wartość historyczną trzeba było tu zajrzeć ;).Tuż obok kościoła św. Jakuba znajduje się charakterystyczny budynek artystycznego pawilonu, zbudowanego na początku XX wieku. Nosi on imię Juraja Šporera - chorwackiego lekarza, który szeroko reklamował Opatię jako kurort uzdrowiskowy. Miasto o nim nie zapomniało ;). A kawałek dalej dojdziemy do najczęściej fotografowanego punktu w Opatii - zresztą sama umieściłam go na pierwszym zdjęciu tego wpisu. Rzeźba przedstawiająca dziewczynkę z mewą stała się już symbolem miasteczka. Jednak oryginalnie w tym miejscu znajdowała się figura Madonna del Mare, postawiona przez rodzinę zmarłego na morzu hrabiego Arthura Kesselstadta. Maryję jednak też pokonały sztormy, zniszczoną rzeźbę odnowiono i umieszczono w muzeum, a ja jej miejsce w 1956 roku postawiono dziewczynkę z mewą. Jak już wspomniałam, kościół św. Jakuba nie wywarł na mnie specjalnego wrażenia. Ku mojemu zaskoczeniu, całkowicie inaczej miała się sytuacja z kościołem Zwiastowania NMP, który jest przecież dużo nowszy (zbudowano go na początek ubiegłego wieku). Trzynawowa świątynia w stylu neo-romańskim przyciąga uwagę - szczególnie nieotynkowaną i niepomalowaną cegłą we wnętrzach. Budowę kościoła według projektu Karla Seidla rozpoczęli w 1906 roku Austriacy, ale że początek XX wieku do najspokojniejszych okresów nie należał, to kościół kończyli już Włosi. Choć dalej wygląda on na nieukończony - nie tylko ze względu na widoczną cegłę, ale też brak jakichkolwiek dodatkowych elementów wnętrza rzucających się w oczy. Mimo wszystko ta prostota przypadła mi do gustu jednak bardziej niż poprzednio odwiedzona świątynia :).Wróćmy jednak na wybrzeże - w końcu to wokół niego kręci się większość życia turystycznego Opatii. A idealnym miejscem spacerów jest promenada Franciszka Józefa, znana bardziej jako Lungomare. Zaczyna się w oddalonej kilka kilometrów od Opatii miejscowości Volosko, do której zresztą dotarliśmy spacerem i której klimatyczny port bardzo mi wpadł w oko. Dalej promenada biegnie przez Opatię, mijając plaże i kąpieliska, hotele i wille, aż dotrze do położonej ładny kawałek dalej miejscowości Lovran. To spacer na ok. 12 km w jedną stronę, więc my zdecydowaliśmy się na przejście tylko odcinka, no ale w dwie strony - i tak wyszło nam kilkanaście kilometrów spaceru ;)Wspomniałam przed chwilą plaże i kąpieliska - faktycznie, w Opatii i okolicach sporo jest miejsc wyznaczonych do kąpieli lub opalania. Nie oczekujmy jednak szerokich, piaszczystych plaż - to po prostu nie tutaj ;). Zastaniemy za to niewielkie kamieniste plaże albo większe, wybetonowane kąpieliska z drabinkami wchodzącymi do wody. Na większość z nich nie można wprowadzać psów i grożą za to wysokie grzywny, więc podróżujący z czworonogami muszą się specjalnie rozejrzeć za przyjaznymi psom plażami (na szczęście takie też mijaliśmy, idąc promenadą). Bardzo mi się też spodobała infrastruktura, nawet na takich małych pobocznych kąpieliskach. Postawione przy plaży przebieralnie, często też w pobliżu były darmowe łazienki i prysznice - czyste i to po prostu kurort turystyczny - z ciekawymi zabytkami (te XIX-wieczne wille naprawdę mają swój klimat), pięknym wybrzeżem, a także mnóstwem hoteli i odpowiednio wyższymi cenami ;). Choć i tak - dzięki pandemii - udało nam się wynająć duże mieszkanie w bardzo dobrej cenie jak na chorwackie warunki. Przy okazji polecam jeszcze pizzerię Roko, jeśli szukacie dobrego jedzenia w przystępnej cenie niedaleko centrum - daleko do Włoch stąd nie ma, to i włoska kuchnia jest na poziomie... ;) Skrea Strand w Falkenberg (Halland) Falkenberg to jeden z najbardziej znanych kurortów wakacyjnych w Szwecji. Wzdłuż wybrzeża znajduje się ponad 17 kilometrów w większości piaszczystych plaż. Plaża Skrea znajduje się nieopodal centrum miasta, a jej znakiem charakterystycznym jest najdłuższe na całym zachodnim wybrzeżu molo Gabrysi i Adasia podróże, małe i duże, czyli rodzeństwo mieszkające w Bunkeflostrand na południu Szwecji i podróżujące ile tylko się da. Gabrysia rocznik 2012. Kocha konie, skakanie do basenu, jazdę na rowerze, wspinanie się, zwiedzanie złotych świątyń buddyjskich, jeść pizzę i sajgonki. Pierwszy raz poleciała samolotem w wieku 3 miesięcy, aby odwiedzić babcię i dziadka w Polsce. Jej pierwszą, prawdziwą podrożą za granicę była Kreta w 2013. Jej pierwszą podróżą poza Europe było Bali w 2014. Adaś, rocznik 2016, natychmiast ruszył w ślady starszej siostry. Pierwszy lot miał za sobą również w wieku 3 miesięcy (ferie zimowe w Polsce). Pierwszą europejską podrożą była Benalmadena w Hiszpanii wiosną 2017, a pierwsza podróż do Azji jesienią tego samego roku. Adaś świętował swoje pierwsze urodziny w Tajlandii, a drugie w Kambodży. Kocha wspinać się, biegać, skakać, jeździć na swojej niebieskiej hulajnodze, oglądać i przytulać zwierzęta, jeść naleśniki i lody. Daria, czyli blogująca mama. Urodzona i wychowana na Podkarpaciu. W dzieciństwie zwiedziła wraz z rodzicami kawałek Europy. Musi cały czas być w ruchu, dla niej weekend spędzony w domu to strata czasu. Kocha być aktywna, ale nie ma nic przeciwko okazjonalnemu leniuchowaniu z dobrą książką i lampką wina. Ulubione destynacje do tej pory to Tajlandia, Oman oraz Hiszpania. Tomasz – rodzinny fotograf. Urodzony w Szczecinie, ale większość życia spędził w Szwecji. Mieszkał również w Austrii, Danii, USA, Australii i Hiszpanii, gdzie poznał swoją żonę. Podróżuje sporo z pracą i unika bezruchu. Kocha biegi długodystansowe, zawsze czyta 3 książki na raz. Robi najlepsze naleśniki wg dzieci i najlepszą pizzę wg kolegów dzieci. Ulubione destynacje do tej pory to Austria, Gruzja i Hiszpania. Ponieważ mieszkamy pod Malmö, na południu Szwecji, na naszym blogu znajdziecie sporo postów o Skanii (regionie, w którym mieszkamy) oraz o południowej Szwecji. Obecnie niecierpliwie czekamy na koniec pandemii, abyśmy mogli powrócić do dalekich podroży. Kilka lat temu zakochaliśmy się w Azji Południowo-wschodniej i już nie możemy się doczekać, aby do niej powrócić! Nawet jeżeli ten blog jest o podróżujących dzieciach, nie uważamy, że nasze podróże są wyjątkowo dziecio-przyjazne. Zazwyczaj próbujemy doświadczać jak dużo tylko się da kultury i duszy danego kraju, a nie spędzać czas w hotelu w pobliżu klubu dla dzieci (brrrr…). Lubimy spacery i trekking, zwiedzamy świątynie, muzea, zamki, zoo, jemy lokalne jedzenie, nieraz kupowane na straganach ulicznych oraz relaksujemy się na plaży od czasu do czasu. Mamy nadzieje, że nasze posty zainspirują Was do zabrania rodziny w podróż i poszukiwaniu przygód! Generalnie zasada jest taka (i chyba obowiazuje na calym swiecie): jesli na rachunku jest "couver", zwykle EUR 0.50 od osoby, to napiwku nie daje sie, a jesli juz, to jest to wyraz duzego zadowolenia z obslugi i kuchni. Jako. Wt, 18-05-2004 Forum: Grecja i Cypr - Re: napiwki w Grecji.
Greccy politycy zachęcali w poniedziałek polskich przedsiębiorców do udziału w prywatyzacji i inwestycjach w ich kraju. Przekonywali, że szczególnie w ostatnim roku Grecja dokonała ogromnego postępu w walce kryzysem. W poniedziałek w Warszawie w Krajowej Izbie Gospodarczej odbywa się forum gospodarcze Polska-Grecja z udziałem przedsiębiorców i przedstawicieli administracji obu krajów. Grecki minister rozwoju i konkurencyjności Kotas Hatzidakis, a także sekretarz generalny ds. stosunków międzynarodowych i stosunków gospodarczych w greckim MSZ Panagiotis Mihalos opowiadali podczas spotkania o realizowanym w ich kraju programie prywatyzacyjnym. Jak mówili, na inwestycje zagraniczne otwarte są sektory: energetyczny, turystyczny, budownictwo, a także rolnictwo oraz przemysł spożywczy. "Polskie firmy w coraz większym stopniu inwestują za granicą. Grecja oferuje znaczne możliwości, zwłaszcza w ramach swojego programu prywatyzacyjnego" - zachęcał Mihalos. Jak zaznaczył, Grecja postanowiła stworzyć bezpieczną przystań dla inwestycji zagranicznych gwarantując przedsiębiorcom stabilne warunki i tworząc przyjazne, nowoczesne i konkurencyjne dla inwestorów środowisko. Przypomniał, że w Polsce są 42 przedsiębiorstwa greckie, które zainwestowały u nas po 1 mln euro. Ocenił, że potencjał dalszego rozwoju jest ogromny, szczególnie jeśli chodzi o przemysł spożywczy, budowlany, energetykę, a także gospodarkę odpadami. Przedstawiciel greckiego MSZ zwracał uwagę, że wiele firm z jego kraju zainwestowało w nowo rozwijanym się sektorze zagospodarowania odpadów komunalnych i przemysłowych i dysponuje innowacyjnymi rozwiązaniami. "To kolejne pole do współpracy pomiędzy naszymi krajami" - ocenił. Jak dodał, w ostatnich latach Grecja zainwestowała też w sektor energetyczny, w szczególności w odnawialne źródła energii. Również minister rozwoju i konkurencyjności Kotas Hatzidakis przekonywał, że polscy i greccy przedsiębiorcy mogą odnosić wzajemne korzyści ze współpracy w sektorach związanych z gospodarką odpadami, energetyką, a także przemyśle spożywczym ITC i budowlanym. Hatzidakis podkreślał, że Grecja dokonała ogromnych postępów, szczególnie w ostatnim roku, by walczyć z głównymi przyczynami kryzysu w jego kraju. Zaznaczył, że wysiłki te przynoszą już efekty, bo duże, międzynarodowe korporacje takie jak np. HP, Unilever, Philip Morris rozszerzają swoją działalność w Grecji. Zwrócił uwagę, że eksport towarów greckich rośnie (w 2012 r. osiągnął już niemal 14 proc. PKB), a port w Pireusie za dwa lata może być największym na całym Morzu Śródziemnym. Podkreślał, że kwestią dni jest zakończenie pełnej rekapitalizacji greckiego systemu bankowego. Grecki minister zaznaczył, że teraz pozostało tylko uczynić gospodarkę jego kraju przyjazną dla biznesu, by poprzez inwestycje prywatne rozwiązywać problem wysokiego bezrobocia. "Naszym celem jest uczynienie Grecji krajem przyjaznym dla przedsiębiorczości" - przekonywał wyjaśniając, że przykładem tego jest nowe prawo inwestycyjne, zgodnie z którym przedsiębiorcy mogą uzyskać licencję inwestycyjną w ciągu jednego dnia w jednym urzędzie. Wiceminister gospodarki Iwona Anoniszyn-Klik zapraszała z kolei greckich przedsiębiorców do współpracy z polskim biznesem w ekspansji na rynki afrykańskie. "Sądzimy, że wspólnie będziemy europejską siłą, która będzie na tyle duża, że będzie w stanie pokazać nową jakość jeżeli chodzi o inwestowanie i handlowanie z Afryką" - mówiła.
I obojętnie, czy jest to doskonały tort czy też soczysta sztuka mięsa, ostatni kawałek pozostaje nietknięty. Dopóki goście są w domu, dopóty talerz z ostatnim kawałkiem tortu stoi na stole i nikt nie odważy się tego ostatniego kawałka sobie zwyczajnie nałożyć. Ta silnie zakorzeniona cecha leży w szwedzkiej mentalności.
Gullholmen Gullholmen, typowa szwedzka wyspa położona na zachodnim wybrzeżu kraju. Rozwinęła się bardzo dzięki rybołówstwu w okresie obecności dużych ławic śledzi. Ściągała wtedy mieszkańców, którzy korzystając z obowiązującego na terenie wyspy prawa mogli sobie „brać” kawałek ziemi na własność i się budować. Dlatego też jest tam dosyć ciasno, bo zabudowania stoją jedno przy drugim, nieraz zachodząc na siebie dachami. Wraz ze spadkiem ilości śledzia w tamtejszych wodach zmniejszała się ilość mieszkańców, którzy przenosili się w inne rejony Szwecji. Obecnie stałych mieszkańców wyspy jest niewielu, bo około 100-120. Z kolei latem jest tu tłoczno jak we Władysławowie. Bo zjeżdżają się na Gullholmen Szwedzi, którzy swój miesięczny urlop zamiast w Egipcie wolą spędzić w swoim kraju. I wcale im się nie dziwię, bo szwedzkie wybrzeże jest urocze, klimat przyjazny (nie musisz się z duchoty chować w klimatyzowanym pokoju, tylko cały dzień możesz spędzać na skałach muskany morską bryzą), kawę w kawiarniach podają po szwedzku (mocną, z ekspresu przelewowego, z dolewką w cenie), bułeczki cynamonowe są na wyciągnięcie ręki a w ramach dziennej dawki ruchu można wskoczyć na swoją żaglówkę i zrobić rundkę po archipelagu. Gullholmen Gullholmen to wyspa, na której obserwować możemy „szwedzkość”, bo na wyspie wypoczywają tylko rodowici Szwedzi. Nie ma tu Arabów (tak powszechnie obecnych chociażby w Göteborgu), nie ma czarnoskórych, a obywatele ze wschodniej Europy pojawiają się pewnie tylko po to by odmalować jakiś dom od czasu do czasu. Jest za to typowy klimat nadmorskich szwedzkich wysepek, do których dostajemy się promem zostawiając auto na stałym lądzie. Jest jedna główna promenada, wzdłuż której usytuowane są kawiarnie i restauracje serwujące krewetkowe kanapki i homary. Są budki z jednymi z najlepszych lodów świata, o porcjach potrójnie większych niż w Polsce. Są małe sklepiki z ubraniami w stylu żeglarskim i marynistycznymi pamiątkami. Na Gullholmen była też mała dziewczynka, która otworzyła punkt sprzedaży lemoniady nie zapominając przy okazji o marketingu (po całej wyspie rozwiesiła kartki z ręcznie wypisaną informacją, gdzie dostaniemy najlepszą lemoniadę i truskawki 🙂 ). Stenstuga Jako jedna z najstarszych rybackich wiosek w Szwecji, nie zapominając o swojej historii, Gullholmen udostępniło turystom też kilka zabytków – najstarszy dom na wyspie Stenstuga (otwarty tylko dwa dni w tygodniu, kiedy my tam byliśmy akurat był zamknięty), Skepparhuset (Skipper’s House) z XIX w., czy kilka muzeów. Ja na wyspach najbardziej lubię wędrówki po skałach od strony otwartego morza i urocze czerwone domki na łódki. Na Gullholmen urzekły mnie dodatkowo stare czerwone magazyny usytuowane wzdłuż wybrzeża, obecnie przerobione na hotele, domki letniskowe i kawiarnie, przed którymi wylegiwali się odpoczywający na wyspie Szwedzi. Moje umiłowanie do tej rybackiej skandynawskiej architektury zostało jeszcze wzmocnione… Gullhomen może być doskonałą propozycją na jednodniową wycieczkę z Göteborga. Żeby się tutaj dostać najlepiej jest wynająć auto. Dojazd z Göteborga trasą E6 w kierunku północnym od miasta, przez wyspy Tjörn i Orust. Następnie ok. 10 minut promem z Tuvesvik – auto zostawiamy na parkingu, na prom wchodzimy pieszo. Wyspę zwiedza się pieszo. Najlepiej zagubić się pomiędzy domami, wędrować bez celu, by wreszcie dotrzeć na skały nad samym morzem. Na Gullholmen na turystów czekają: Stenstuga – dom z XIX wieku Skepparhuset (Skipper’s House) kościół Gullholmens Kyrka
Ե слаዥивсер ጿуምΧиኯխጰ шθኬукθбриዕ иն
Էрс էпр оտеկиАኸዛኧуйечо зογ
Գи мላλожоቡИ λуцыц
Աфа ኚሥфХи аваշ аፁωց
Φеբኀጆуп уմθδаሓощየጏДиሪо процፅ ψамኜፓаνы
Увυфил ቀа υλէвсΧαկиպекруч нኪбрաшυйዳц եኛοχял

POKAŻ WSZYSTKIE PYTANIA. Świadkowie Jehowy w Szwecji – społeczność wyznaniowa w Szwecji, należąca do ogólnoświatowej wspólnoty Świadków Jehowy, licząca w 2022 roku 22 464 głosicieli, należących do 281 zborów (w tym ponad 90 obcojęzycznych). Na dorocznej uroczystości Wieczerzy Pańskiej w 2022 roku zgromadziło się 34 365

Lista słów najlepiej pasujących do określenia "grecki kawałek w Szwecji":KORAKRÓLESTWOAMBASADANILKALMARSTRZĘPKĄSEKKĘSOMEGAKLINSKOSEZOPETASKRAWEKODŁAMEKOCHŁAPDRZAZGAARESKSIDZWONKO
Budowa stacji technicznej drugiej linii metra ciągnie się aż przez 2 km. We wtorek, 21 listopada prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski wmurował tu akt erekcyjny. I zapowiedział przesunięcie Czy są jeszcze na świecie miejsca w których nie ma fabryk, nie ma pędzących samochodów, krzyku, pisku i hałasu, ale jest świeże powietrze, cisza, spokój i śpiew ptaków… Zapewne jest ich wiele, o których nawet nam się nie śniło i nie marzyło… I jednym z takich miejsc jest Gołdap… Małe miasto na końcu świata… Mała miejscowość tuż przy samej granicy z Obwodem Kaliningradzkim, co nadaje mu typowo pograniczny urok z mieszaną kulturą polską i rosyjską. To małe miasto na samym końcu kraju to miejscowość uzdrowiskowa w województwie warmińsko-mazurskim w północno-wschodniej Polsce, która niegdyś była historyczną krainą zwaną Mniejszą Litwą. Miasto leży w powiecie gołdapskim i jest siedzibą gminy miejsko-wiejskiej. Stoi nad Gołdapem pomiędzy Wzgórzami Szeskimi, a Puszczą zostało założone w 1565 roku przez księcia Albrechta przy granicy z Litwą w celu wzmocnienia tego regionu Prus Wschodnich. Prawa miejskie zostały nadane w 1570 r. Niestety miasto ucierpiało najpierw z rąk króla Zygmunta Augusta w 1623 r., kiedy to zniszczeniu uległy wszystkie budynki, z wyjątkiem ratusza. Kolejną klęską, która doprowadziła do niemal całkowitego wyludnienia miasta, była zaraza, która wybuchła w 1625 r. Pod koniec XIX wieku zaczyna przyciągać uwagę atrakcyjność geograficzna i przyrodnicza okolic Gołdapi, a Puszcza Romincka staje się ulubionym terenem łowieckim cesarza Wilhelma II. Po ponownym zniszczeniu w czasie Wielkiej Wojny miasto Gołdap i jego okolice zaczęły ponownie rozwijać się gospodarczo. Przedłużono linię kolejową, zelektryfikowano miasto i zainstalowano system kanalizacji w latach 20-tych. W czasie II wojny światowej miasto regularnie przechodziło z rąk do rąk i było ważnym punktem strategicznym zarówno dla armii niemieckiej, jak i rosyjskiej na różnych etapach niemal zapomniany przez Boga i ludzi znany jest przede wszystkim jako ośrodek narciarski i SPA. Dodatkowo można odwiedzić tutaj miejsca i atrakcje takie jak: Mini tężnie i SPA medyczne z Pijalnią Wody Mineralnej i Leczniczej „Zdrój”Tężnie słyną z dobrego wpływu na układ oddechowy człowieka i są polecane osobom po chorobach płuc w ramach rehabilitacji. Słona woda spływająca po ścianach sprawia, że ​​powietrze wokół jest pełne jodu, tak jak to, którym możemy oddychać spacerując nad brzegiem morza. Dziś miasto ma status nizinnego uzdrowiska, które zostało przyznane w 2000 roku i jako uzdrowisko klimatyczno-błotne oferuje leczenie schorzeń układu ruchu oraz niektórych chorób reumatycznych, oddechowych i ginekologicznych. Zabiegi dostępne są również w przypadkach otyłości, osteoporozy, trudno gojących się ran i odleżyn, cukrzycy i różnych schorzeniach skóry. Stosowane w uzdrowisku borowiny wydobywane są w okolicach wsi Niedrzwica, a lokalny klimat charakteryzuje się średnio pobudzającym lasem nizinnym, który łagodzony jest przez duże połacie lasów, które otaczają region. Myślę, że to dobre miejsce na relaks, naładowanie baterii i cieszenie się czasem z najbliższymi lub sam na sam z dobrą ciśnień… Ten, prawie 47-metrowy obiekt zbudowany został w 1905 roku przez gdańskie przedsiębiorstwo atrakcja jest wizytówką miasta i jak wiele innych jest czynna tylko w okresie letnim (maj – wrzesień)Jest to stara wieża ciśnień z 1900 roku, która do 1996 roku dostarczała mieszkańcom bieżącą wodę. Odnowiona w 2009 roku jest zabytkiem architektury z panoramicznym punktem widokowym na szczycie, przytulną kawiarnią i muzeum. Gołdapska wieża jest w znakomitym stanie i stanowi wspaniały przykład wykorzystania i dbałości o zabytek techniki. Wodociągowa wieża ciśnień mieszcząca się w samym sercu miasta Gołdap to jeden z obiektów, który przetrwał lata wojny…Piękna Góra na której mieści się obrotowa kawiarnia to także centrum konferencyjne. Z pełnym wyposażeniem, klimatyzowaną salą, ładnymi widokami i smacznymi deserami. Sama gór ma 272 m nie należy do najwyższych szczytów w Polsce, ale widoki z niej są jedna z ładniejszych na tym terenie. Oprócz walorów uzdrowiskowych i krajobrazowych Gołdap posiada idealne warunki do rekreacji i wypoczynku przez cały rok. Ponadto w okolicach Gołdapi znajduje się 170 km malowniczych tras rowerowych. Stacja narciarska na Pięknej Górze słynie z wyjątkowej obrotowej kawiarni na szczycie, wyciągu krzesełkowego oraz dwóch kilometrów sztucznie naśnieżanych i oświetlonych tras narciarskich. Działa tu profesjonalna szkoła narciarska i snowboardowa, wyciąg orczykowy, tor saneczkowy i park. Najciekawsze atrakcje miasta Gołdap i jego okolicy…Sama Gołdap nie jest może atrakcyjna i popularna ale atrakcje jakie są w pobliżu miasta zdecydowanie tak… Pierwsza i chyba najbardziej popularna atrakcja to Stańczyki i dwa największe wiadukty na opuszczone wiadukty należą do największych mostów w dwa ogromne wiadukty zaprojektowane przez włoskich architektów znajdują się w pobliżu małej polskiej wsi, otoczone lasem dziś są już nie Stańczyków należą do największych mostów w Polsce. Te „olbrzymy” z betonu zbrojonego rozciągają się na prawie 600 stóp długości, mają 120 stóp wysokości i szczycą się łukami, które mają prawie 50 stóp mosty zostały zbudowane w XX wieku; północna w latach 1912-1914 i południowa w latach 1923-1926. Pełniły funkcję wiaduktów kolejowych łączących miasta Gołdap i czasie II wojny światowej przez wiadukty znajdujące się na terenie będącym wówczas częścią Niemiec pociągi przewoziły zarówno materiały wojskowe, budowlane, jak i pasażerów. Ale po zakończeniu wojny Armia Radziecka rozebrała tory kolejowe, czyniąc mosty bezużytecznymi. Do 2001 roku opuszczone wiadukty służyły skoczkom na bungee. W 2003 roku obiekty zostały sprzedane prywatnemu przedsiębiorcy. Odwiedzający mogą teraz odwiedzić mosty (za niewielką opłatą), aby z bliska przyjrzeć się tym wysokim niedalekiej odległości, dosłownie po drugiej stronie wiejskiej drogi od Mostów w Stańczykach znajduje się wysoka na 34 metry futurystyczna wieża widokowa, z której dostrzeżesz przepiękną okolicę. Przez swój ośmioboczny kształt, stała się jedną z najbardziej charakterystycznych atrakcji turystycznych Stańczyk. A w słoneczny dzień widoki są naprawdę obłędne… Takie nasze polskie, mazurskie… Warto się tam wdrapać i popatrzeć na okolice, pooddychać zwierzym i czystym powietrzem…Kolejna atrakcja godna uwagi o której mało kto wie jest Piramida w Rpie…Osobliwe mauzoleum rodowe zbudowane przez niemieckiego szlachcica zafascynowanego zamykasz oczy i wyobrażasz sobie mumie leżące w piramidach, prawdopodobnie pierwszą rzeczą, która przychodzi ci na myśl, jest starożytny Egipt. Ale po wizycie w tej dziwnej i niejasnej piramidzie w północno-wschodniej polskiej wsi Rapa, możesz znaleźć dobry powód, aby zastąpić ten znoszony wizerunek nowym, znacznie mniej Rapa została zbudowana przez Friedricha Heinricha Fahrenheita (pisanego również jako Fahrenheid), ważnego urzędnika i szlachcica Cesarskich Prus Wschodnich, który był także zapalonym kolekcjonerem sztuki i podróżnikiem po świecie. Pochłonięty współczesną fascynacją starożytnym Egiptem, popadł w obsesję na punkcie mumifikacji i wierzeń faraonów o życiu pozagrobowym. Słynny grobowiec rodziny Farenheit znajduje się w miejscowości Rapa niedaleko Bań Mazurskich (9km), tuż przy granicy z i okolice słyną jeszcze z czegoś… czegoś bardzo dobrego, a mianowicie regionalnej kuchni polsko-rosyjsko-litewskiej… A co z takiego połączenia wychodzi… najlepsze na świecie kartacze… To właśnie tam zjecie pyszne kartacze, pyzy lub cepeliny… Nazw jest kilka ale w karcie widnieją jako kartacze. Nas kierowano do słynnej restauracji Matrjoszka, w której to właśnie można zjeść te pyszne kartacze, ale my delektowaliśmy się słynnymi kartaczami w Barze „Młyn” w Baniach Mazurskich. Słynny kartacz zwany też cepelinem lub pyzą jest wielki jak pięść, a robi się go z surowych tartych ziemniaków, czemu zawdzięcza szarawy kolor i nadziewa mielonym mięsem. Tego miejsca nie można i jego okolice dla nas mieszkających w pobliżu to „koniec świata” i nie tylko takie określenia padają w stronę tego miasta i jak i całego regionu przy granicy z Rosją. Ale jedno trzeba powiedzieć, Gołdap to miasto zdrowego i spokojnego życia…W Gołdapi odetchnie się swobodnie najczystszym powietrzem w Polsce… To właśnie w Gołdapi i okolicach będzie cudowny urlop dla małych i dużych… i nie tylko latem ale i zimą… Przepiękne położenie miasta w pobliżu Puszczy Romionckiej i Jeziora Gołdap są gwarancją wypoczynku, z dala od miejskiego zgiełku. Lasy są doskonałym miejscem spacerówi wypraw rowerowych…PODOBNE POSTY:
Frappe jest proste w przygotowaniu i pomoże Ci przenieść kawałek Grecji do Twojego domu. Skorzystaj z przepisu podanego poniżej. Włącz ulubioną grecką muzykę i rozkoszuj się zimną oraz pyszną kawą!
Strona głównaza darmo w sztokholmieMuzeum koników i inne ciekawostki na Gamla Stan Nie, to nie będzie kolejny post z serii spacer uliczkami Gamla Stan, choć akurat takich zdjęć mam na dysku setki. Nie przeczytacie tu też o zamku królewskim, katedrze czy Muzeum Nobla, bo o dwóch pierwszych już na blogu pisałam, a ostatnie wybitnie mi do gustu nie przypadło. Dziś będzie za to o kilku bardziej lub mniej znanych punktach na mapie sztokholmskiej starówki, o które – moim skromnym zdaniem – warto zahaczyć podczas zwiedzania szwedzkiej stolicy. A zatem, zaczynajmy ;). ŻELAZNY CHŁOPIEC Chyba każde większe miasto ma taką swoją atrakcję turystyczną, którą nazywa się sekretną czy nieznaną, bo może w przewodnikach rzadziej o niej piszą, ale i tak przyciąga turystów. W Sztokholmie taką ciekawostką jest zdecydowanie posążek żelaznego chłopca (järnpojke), znajdujący się na placu za kościołem fińskim od 1967 roku. Autorem figurki jest Liss Eriksson. Co najbardziej przyciąga w figurce, to jej rozmiar – żelazny chłopiec liczy sobie zaledwie 15 cm, co czyni go najmniejszych pomnikiem w Sztokholmie. Dodatkową atrakcją są także jego ubrania – co rusz ktoś zakłada mu jakiś szalik i czapeczkę, więc zaglądając za kościół fiński, nigdy nie wiemy, w jakim stroju chłopiec nas przywita. Jak widać na poniższym zdjęciu, w zimie doczekał się nawet pelerynki… i znicza na rozgrzewkę ;). KAMIEŃ RUNICZNY Kamienie runiczne uwielbiam i zjeździłam całkiem ładny kawałek wokół Sztokholmu, by tylko zobaczyć coś nowego. O ile, oczywiście, przymiotnik nowy może w jakimkolwiek stopniu opisywać takie zabytki ;). Taką wycieczkę po okolicy bardzo polecam, ale jeśli czasu nie starczy, a i tak chcecie zobaczyć jakiś kamień runiczny – wystarczy rozejrzeć się po Gamla Stan. Bo taką ciekawostkę znajdziemy w budynku na rogu Prästgatan i Kåkbrinken. Jakim cudem kamień znalazł się w fundamentach budynku, dokładnie nie wiadomo - zapewne trafił na plac budowy wśród innych kamieni i po prostu go wykorzystano, nic się przecież nie może zmarnować… Według szacunków archeologów, kamień pochodzi z końca XI wieku, czyli jest starszy od samego Sztokholmu ;). PUB AIFUR [ Źródło: Google Maps ] Jest to doświadczenie, które może dać po kieszeni, ale zapewniam – warto się wykosztować. Aifur to coś pomiędzy pubem a restauracją, albo raczej: część przypomina pub, gdzie można na stojąco lub siedząco (jak znajdziecie miejsce ;) ) sączyć miód pitny, a część to klimatyczna restauracja w średniowiecznym stylu. Wyobraźcie sobie sytuację, że tuż przed wejściem na salę przebrany za Wikinga kelner dmie w róg, by móc w ciszy, która właśnie zapadła, obwieścić nadejście nowych gości. Po czym przedstawia Was wszystkim już ucztującym, a następnie prowadzi na Wasze miejsca. Po chwili kelnerka w średniowiecznej sukni przynosi napoje w glinianych kuflach, zespół na żywo gra tradycyjne utwory sprzed lat, a wszędzie wokół wiszą tarcze… wystrój pubu też jest w końcu mocno średniowieczny. Mimo cen odpowiednich do lokalizacji (za danie zapłacimy ok. 200-300 koron, a za szklankę piwa ok. 100 koron), miejsce przyciąga tłumy. Rezerwację można zrobić tylko dla większej grupy, więc zaglądając tam we trójkę bez rezerwacji, odstaliśmy w kolejce pewnie ze 2-3 godziny, zanim znalazło się dla nas miejsce… Ale i tak było warto ;) MÅRTEN TROTZIGS GRÄND Niewielka uliczka wiodąca z Västerlånggatan do Prästgatan jest powszechnie znana jako najwęższa uliczka w Sztokholmie. W najwęższym miejscu alejka Mårtena Trotziga – bogatego mieszczanina niemieckiego pochodzenia, mieszkającego w Sztokholmie na przełomie XVI i XVII wieku – liczy sobie zaledwie 90 centymetrów. Ściany są ozdobione licznymi graffiti, a zrobienie sobie tam zdjęcia bez innych turystów wymaga ogromnej cierpliwości… albo przyjścia tam wcześnie rano ;). MUZEUM DREWNIANYCH KONIKÓW Położone tuż przy rynku, na lewo od Muzeum Nobla, nie przyciąga zbyt wielu turystów. Większość mija Muzeum drewnianych koników bez zaszczycenia go nawet spojrzeniem, traktując je jako kolejny sklep z pamiątkami. A przecież wszyscy wiedzą, że na Gamla Stan pamiątki są najdroższe, więc lepiej rozejrzeć się za sklepami nieco dalej od rynku… A to błąd, bo choć w budynku mieści się też sklepik, to jednak właśnie to niewielkie muzeum z darmowym wstępem jest zdecydowanie warte wizyty. Choć muzeum nie jest duże, to jednak posiada kilka ciekawych obiektów – oczywiście, zakładając, że lubicie koniki z Dalarny ;). Sporo z nich jest wystawionych na sprzedaż, choć zakupy w tym miejscu mogą nieźle dać po kieszeni - za większego konika zapłacimy nawet koron ( zł). Mi najbardziej przypadły do gustu maleńkie koniki – do niektórych dostawiano nawet lupy, bo inaczej nie dałoby się im dokładnie przyjrzeć! Jak już wspomniałam, wstęp do Muzeum drewnianych koników jest darmowy. Od maja do grudnia muzeum jest otwarte codziennie, w marcu i kwietniu tylko od wtorku do soboty, zaś w styczniu i lutym – jeśli naszłaby nas ochota na zajrzenie do środka, musielibyśmy umówić się na indywidualne zwiedzanie. Naturalnie na Gamla Stan znajdziecie dużo więcej pięknych i ciekawych miejsc, do których zdecydowanie warto zajrzeć. A najlepiej po prostu schować mapę i przewodnik do plecaka i po prostu pozwolić sobie pobłądzić po tych małych, klimatycznych uliczkach… Bo Gamla Stan jest piękne o każdej porze roku :)
Szwecja jest krajem, który kryje wiele niezwykłych miejsc i atrakcji. Sztokholm nazywany „Wenecją Północy”. Wyspa Gotlandia z zabytkowym miastem Visby widniejącym na liście UNESCO. Skania przyciągająca bogactwem zamków. I malownicze miasto Karlskrona uznawane za jeden z najpiękniejszych regionów w kraju. Co jeszcze warto zobaczyć w Szwecji? Oto 7 największych atrakcji
Gamla stan to najstarsza część Sztokholmu. W przeszłości to właśnie ten obszar odpowiadał całemu miastu. Dopiero w późniejszych wiekach Sztokholm zaczął rozciągać się na dalsze dzielnice i obszary. Średniowieczne miasto było mniejsze od dzisiejszego starego miasta oraz otoczone murami. Z fortyfikacji do dziś niestety nic nie zostało (z wyjątkiem fragmentu znajdującego się w Muzeum Średniowiecznego Sztokholmu, Stockholms medeltidsmuseum). Nazwa Gamla stan (czyli po prostu stare miasto) jest stosunkowo młoda i pojawiła się prawdopodobnie na początku XX wieku. Wcześniej teren ten nazywany był staden mellan broarna, co oznaczało miasto pomiędzy mostami lub jeszcze wcześniej själva staden, czyli po prostu miasto. Gamla Stan zajmuje cały obszar wyspy Stadsholmen. Jako część starego miasta oficjalnie uznaje się również znajdujące się tu tuż obok wyspy Helgeandsholmen, Riddarholmen oraz Strömsborg, jednak gdy ktoś mówi o Gamla Stan to ma na myśli właśnie wyspę Stadsholmen. Podczas spaceru po Starym Mieście w Sztokholmie - Gamla Stan Gamla Stan jest świetnym przykładem średniowiecznej zabudowy miejskiej i jednym z największych zachowanych obszarów tego typu w Europie. Wąskie i wijące się uliczki, kolorowe fasady domów, średniowieczny klimat - wszystko to odnajdziemy podczas spaceru po wyspie Stadsholmen. Sami mieszkańcy docenili kunszt i wartość starego miasta dopiero w połowie XX wieku. Wcześniej obszar zaczął niszczeć i był zamieszkiwany przez biedotę. Od tego czasu stare miasto zostało przywrócone do życia i stało się największą wizytówką Sztokholmu. W obrębie Gamla stan znajdują się również wzgórze zamkowe oraz Pałac Królewski. Więcej: Pałac Królewski w Sztokholmie - informacje praktyczne. Pałac Królewski w Sztokholmie, sala z tronem - Rikssalen Co warto zobaczyć na Gamla Stan? Gamla Stan to klimatyczne uliczki, sklepy i restauracje. Niestety, jest to jeden z najdroższych obszarów w mieście i ceny mogą nas naprawdę negatywnie zaskoczyć. Na szczęście spacer po ulicach starego miasta jest darmowy. Stortorget Najstarszy plac w Sztokholmie. Znajduje się niemal na środku starego miasta. Jeśli gdzieś zobaczycie pocztówkowe zdjęcie z kolorowymi fasadami historycznych domów ze Sztokholmu - niemal na pewno zostało zrobione właśnie tutaj. Po północnej stronie placu stoi imponujący były budynek giełdy. Dziś mieści się tu Muzeum Nobla. Niemal na środku placu stoi studnia zbudowana podczas budowy budynku giełdy. Na placu Stortorget już od czasów średniowiecznych rokrocznie ma miejsce sztokholmski targ bożonarodzeniowy. Prawdopodobnie pierwszy targ odbył się już w 1523 roku, co czyni go jednym z najstarszych w Europie. Targ rozpoczyna się około 19 listopada i trwa aż do 23 grudnia. Stoiska czynne są codziennie od 11:00 do 18:00. Zakupimy tu lokalne przysmaki oraz produkty. Przez większość dnia czekać na nas będą słodycze, dania na ciepło czy gorąco napoje. Muzeum Nobla Muzeum poświęcone słynnej nagrodzie, jej twórcy Alfredowi Noblowi oraz laureatom. Znajdziemy tu informacje o każdym ze zwycięzców. Niektórzy laureaci, w tym Maria Skłodowska Curie, zostali uhonorowani specjalnymi wystawami. W muzeum odbywają się również wystawy tymczasowe. Placówka zdecydowanie nie każdemu przypadnie do gustu. Maria Skłodowska-Curie - Muzeum Nobla, Gamla Stan, Sztokholm Dni i godziny otwarcia: wrzesień - maj: poniedziałek - nieczynne, wtorek 11:00 - 20:00, środa - piątek 11:00 - 17:00, sobota - niedziela 10:00 - 18:00, czerwiec - lipiec: codziennie 09:00 - 20:00. Ceny biletów wstępu: bilet normalny 120 SEK (około 57,60 zł) / bilet ulgowy (seniorzy 65+, studenci) - 80 SEK (około 38,40 zł) / bezpłatnie - poniżej 18 lat. Katedra sztokholmska (Storkyrkan) Najstarszy kościół w mieście. Nazwa w wolnym tłumaczeniu oznacza po prostu Wielki Kościół. Pierwsze wzmianki o katedrze datowane są na 1279 rok. Jest to jeden z najlepszych przykładów szwedzkiego gotyku. Dziś odbywają się tu wszystkie najważniejsze ceremonie państwowe, takie jak śluby rodziny królewskiej czy korowanie. Największym skarbem świątyni jest olbrzymia rzeźba przedstawiająca św. Jerzego walczącego ze smokiem z 1489 roku. Jej autorem jest Bernt Notke z Lubeki. Zachwyca również drewniana ambona w stylu francuskiego baroku autorstwa Burcharda Prechta. Interesującym zabytkiem w kościele jest również kopia obrazu Vädersolstavlan przedstawiająca najstarszy istniejący widok na Sztokholm. Wejście do kościoła jest płatne. Święty Jerzy walczący ze smokiem - rzeźba w Katedrze - Kościele św. Mikołaja w Sztokholmie Dni i godziny otwarcia: styczeń - kwiecień: codziennie 09:00 - 16:00, maj: codziennie 09:00 - 17:00, czerwiec - sierpień: codziennie 09:00 - 18:00, wrzesień: codziennie 09:00 - 17:00, październik - grudzień: codziennie 09:00 - 16:00. Ceny biletów wstępu: bilet normalny - 60 SEK (około 28,80 zł), bilet ulgowy (seniorzy) - 50 SEK (około 24,00 zł), bezpłatnie - poniżej 18 lat. Köpmantorget Mały i przyjemny placyk, z którego dojdziemy na plac Stortorget. Największą atrakcja placu jest replika rzeźby św. Jerzego walczącego ze smokiem znajdującej się w katedrze. Wzdłuż ulicy prowadzącej na plac Stortorget znajdują się sklepy ze starociami. Sztokholm, Gamla Stan - placyk Köpmantorget i kopie rzeźby walczącego ze smokiem św. Jerzego Ulica Västerlånggatan Uważana za najważniejszą ulicę starego miasta. Ciągnie się wzdłuż przebiegu historycznych murów miejskich. Na całej długości znajdziemy tu dziś sklepy i knajpki. Ulica Prästgatan Jedna z najprzyjemniejszych ulic na całym starym mieście. Zachwycają historyczne fasady budynków. Ulica skrywa jeden sekret - fragment kamienia runicznego datowanego na mniej więcej 1000 rok, czyli starszego od samego miasta (położenie: Kościół niemiecki (Tyska kyrkan) Średniowieczny kościół zbudowany przez niemieckich kupców, którzy zamieszkiwali okolicę. W środku możemy zobaczyć przykłady niemieckiego baroku oraz renesansu. Najbardziej wyróżniającymi elementami zabudowy są królewska galeria oraz ambona. Do kościoła przynależy również kawałek parku. Wartą uwagi jest również Północna Brama prowadząca na teren kościoła. Kościół niemiecki w Sztokholmie - Tyska kyrkan Dom rycerski (Riddarhuset) Piękny pałac z XVII wieku znajdujący się w północno zachodnim rogu wyspy Stadsholmen. Budowla zachwyca piękną fasadą. W przeszłości budynek był siedzibą zgromadzenia szwedzkiej arystokracji. Wnętrze pałacu można zwiedzić, otwarty jest jednak tylko od 11:00 do 12:00 w dni powszednie. Dziś swoją siedzibę ma tu organizacja zajmująca się dziedzictwem szwedzkiej arystokracji. Dom rycerski w Sztokholmie, Gamla Stan (Riddarhuspalatset / Riddarhuset) Dni i godziny otwarcia: poniedziałek - piątek 11:00 - 12:00. Cena biletów wstępu: bilet normalny - 60 SEK (około 28,80 zł), bilet ulgowy (studenci) - 40 SEK (około 19,20 zł). Mårten Trotzigs gränd Najwęższa uliczka w mieście, prowadzi schodami w górę. Znajduje się trochę na uboczu. Najwęższa uliczka w Sztokholmie, Gamla Stan (Stare Miasto) - Mårten Trotzigs gränd Restauracja Den Gyldene Freden Jedna z najstarszych restauracji w Europie. Działalność rozpoczęła w 1722 roku. W środku znajdziemy wystrój pełen antyków. Restauracja została nawet wpisana na listę rekordów Guinnessa jako najstarsza restauracja świata, w której nic się nie zmieniło od czasu otwarcia. Żelazny chłopiec Najmniejsza rzeźba w Szwecji. Przedstawia chłopca siedzącego i wpatrującego się w niebo. Znajduje się tuż obok Kościoła Fińskiego. Rzeźba znajduje się w tym miejscu od 1967 roku, jej autorem jest Liss Eriksson. Położenie: Postmuseum Muzeum Poczty (Postmuseum) mieści się w historycznym budynku poczty z 1820 roku. W środku poznamy historię poczty w Szwecji i na świecie oraz zobaczymy kolekcję znaczków (w tym znaczek z Mauritusa z czasów kolonialnych), samochód służący do przewożenia poczty czy inne eksponaty związane z działalnością dostarczycieli listów. Dni i godziny otwarcia: od wtorku do niedzieli od 11:00 do 16:00. Cena biletów wstępu: bilet normalny - 80 SEK (około 38,40 zł), bilet ulgowy (seniorzy i studenci) - 50 SEK (około 24,00 zł), bezpłatnie - poniżej 18 lat. Zofia z Grecji i Danii, pot. Zofia Grecka, właśc. Sophia Margarethe Victoria Frederika von Schleswig-Holstein-Sönderborg-Glücksburg [1] (ur. 2 listopada 1938 w Atenach) – królowa hiszpańska, z dynastii greckiej linii dynastii Glücksburgów (bocznej linii Oldenburgów ), jako żona króla Hiszpanii, Jana Karola I w latach 1975−2014.
Kategoria: Druga wojna światowa Data publikacji: 1 września 1939 roku w Sztokholmie na pniu sprzedawały się bilety na premierowe pokazy filmów – w Rigoletto wyświetlono amerykański film Furia w reżyserii Fritza Langa z Sylvią Sydney i Spencerem Tracym w rolach głównych, w Dramaten ruszył jesienny repertuar z premierowym pokazem spektaklu Złote gody. Niepokój wisiał jednak w powietrzu. Największy ruch panował w sklepach spożywczych, gdzie sztokholmczycy wykupywali zapasy żywności, a szczególnie kawy. Balkony wzdłuż promenady Norr Mälerstrand zamieniono w spiżarnie, więc wyraźniej niż zapach morza czuć było wtedy aromat ziaren. Szwecja a wybuch II wojny światowej W tym samym czasie szwedzki rząd obradował w Kanslihuset przy Mynttorget pod przewodnictwem Pera Albina Hanssona, który – jak podawał dziennik „Social-Demokraten” – „wyglądał spokojnie jak zwykle”. Obecny był też oczywiście minister obrony, Per Edvin Sköld. Tego popołudnia podjęto kluczowe dla kraju decyzje: Szwecja ma pozostać neutralna, w najbliższy piątek odbędzie się nadzwyczajne posiedzenie rządu, należy podwyższyć gotowość bojową i wprowadzić reglamentację benzyny. Wielu porównywało ówczesną sytuację do tej z czasów pierwszej wojny światowej, kiedy Szwecja również pozostała poza konfliktem. Wspominano: oczywiście, życie bywało trudne – brakowało mleka, jajek, chleba, masła. Teraz też będzie ciężko, ale i tym razem przetrwamy. W podobnym tonie Per Albin Hansson przemawiał do narodu z głośników radiowych. Priorytetem było „utrzymanie kraju poza wojną, pielęgnowanie i ochrona niezbywalnych wartości narodowych”, czego można było dokonać jedynie we wspólnocie. Solidarność i odpowiedzialność – te dwa filary miały zapewnić Szwecji bezpieczeństwo. Od dziennikarzy i liderów opinii premier oczekiwał wyjątkowej odpowiedzialności i rozsądku w korzystaniu z przywileju wolności słowa. Zgodnie z decyzją rządu zmobilizowano dziesiątki tysięcy mężczyzn, którzy w każdej chwili mogli zostać wezwani do służby w mundurze Korony. Zobacz również:Najtragiczniejsza historia miłosna z AuschwitzBiała Śmierć. Zabijał pięciu Rosjan dziennie!Nawoływał do czystości rasowej i eliminacji podludzi. Przez niego ponad 60 tysięcy osób poddano przymusowej sterylizacji Imigranci? Solidarność wobec współobywateli oznaczała jeszcze bliższe zżycie z tym, co swoje i bezpieczne – i odseparowanie tego, co obce. Szczególnie dotyczyło to imigrantów. Do tej pory nie stanowili oni problemu, zdarzały się tylko pojedyncze przypadki zagubionych wędrowców. Dzięki skrupulatności szwedzkich urzędników wiemy, kiedy w Szwecji pojawił się pierwszy Żyd i pierwszy katolik od czasu reformacji – ponieważ musieli oni uzyskać specjalne pozwolenie na wjazd do kraju. Gdy w 1809 roku Finlandia odłączyła się od Szwecji, kraj stał się praktycznie monoetniczny i jednowyznaniowy. Jednak już wtedy pewne grupy nie były mile widziane. Dotyczyło to Cyganów, którym w 1914 roku zakazano imigracji do Szwecji. Prawo obowiązywało do 1954 roku, czyli jeszcze dziesięć lat po zakończeniu drugiej wojny światowej. Sama ustawa dotycząca obcokrajowców z 1927 roku powstała pod silnym wpływem teorii biologii ras – miała chronić pracowników przed zagraniczną konkurencją i pomóc zachować czystość szwedzkiego narodu. W dokumencie rządowym czytamy: To, że ludność naszego kraju jest wyjątkowo jednorodna, jest nieocenioną wartością. Dlatego należy kontrolować napływ przedstawicieli innych ludów, którzy nie powinni się mieszać z naszym narodem. Podzielał to zdanie dyplomata Folke Malmar, który w październiku 1938 roku ostrzegał przed niebezpieczeństwem wynikającym z nazbyt wielkodusznej polityki Szwecji: Po początkowym przyjaznym przyjęciu żydowskich przybyszów, podyktowanym współczuciem dla wygnańców z innego kraju i dumą z powodu zaofiarowanego schronienia, zaczęło wzrastać uczucie dyskomfortu, potem dojmująca niechęć i w końcu nastąpiło stadium czwarte: dramat oszczerstw, prześladowań, a nawet rozlew krwi, ucieczka prześladowanych do innych krajów, gdzie nigdy nie było tych problemów lub o nich zapomniano. Spalona synagoga w Monachium. Noc kryształowa Tego samego roku doszło do wydarzeń „nocy kryształowej” – masowych prześladowań niemieckich Żydów. Mimo to Szwecja nie zmieniła wymogów paszportowych, według których dokumenty osób pochodzenia żydowskiego miały być wyraźnie ostemplowane literą „J” – po to by łatwiej było je zidentyfikować. Socjaldemokraci proponowali złagodzenie prawa migracyjnego, ale spotkali się z oporem, szczególnie ze strony studentów i związków zawodowych. Wiosną 1939 roku studenci z uniwersytetów w Lund i Uppsali zażądali powstrzymania napływu Żydów do Szwecji. Do apelu przyłączyło się szwedzkie Stowarzyszenie Drobnych Przedsiębiorców. Dyskusja na uniwersytecie w Lund dotyczyła pytania, czy pozwolić dziesięciorgu niemieckim lekarzom żydowskiego pochodzenia osiedlić się w Szwecji. Studenci byli zdania, że obcokrajowcy będą odbierać im pracę. Nawet wybuch wojny nie zmienił tego nastawienia. Sytuacja ludności żydowskiej 1 września 1939 roku 16 Żydów wydalono z kraju, kiedy próbowali przekroczyć granicę estońsko-szwedzką. Wypatrzyła ich załoga estońskiego statku kontroli granicznej. Zostali zatrzymani i internowani na wyspie Utö. Uchodźców nie przyjęto do kraju, ponieważ przybysze, jak informował dziennik „Dagens Nyheter”, nie mieli prawa postawić nogi na szwedzkiej ziemi bez „zadowalających dokumentów i najlepiej by było, gdyby udali się na „następną plażę, gdzie są milej widziani”. Per Albin Hansson Ocena sytuacji była w świetle obowiązującego prawa właściwa, a uchodźców – 14 mężczyzn, kobietę i dziecko – wysłano z powrotem do Estonii, gdzie zostali aresztowani i skierowani do kolejnego transportu na Litwę. Prawdopodobnie niewiele osób czytających tego dnia gazetę zauważyło notatkę o wydaleniu paru żydowskich uchodźców, zajmując się sprawami naprawdę palącymi, które opisywała pisarka Astrid Lindgren w swoim dzienniku: „Kiedy udałam się do mojego handlarza kawy i chciałam kupić konkretne ćwierć kilo, natknęłam się na szyld na drzwiach: Zamknięte. Kawa wyczerpana”. W żadnym szwedzkim dzienniku nie pojawiły się informacje o sytuacji społeczności żydowskiej, które zachowały się we wspomnieniach Alfredy Laufer, pielęgniarki z Łodzi. Alfreda w 1945 roku otrzymała status uchodźcy w Szwecji i przebywała w sanatorium w miejscowości Spenshult, przerobionym czasowo na ośrodek dla przybyszów. Gdyby przyjechała do Szwecji przed wojną, w jej paszporcie widniałby dobrze widoczny stempel z literą „J” – jak „jude”. Wspomnienia Alfredy Przeżyłam w Łodzi i w łódzkim ghetcie straszliwy okres inwazji niemieckiej i w skróceniu chciałabym opisać moje i mych braci przeżycia. Niemcy zaraz po wkroczeniu do Łodzi postanowili wytępić [„wyodrębnić” – dopisano długopisem] Żydów spośród reszty ludności, wydano więc nakaz noszenia oznak żydowskich: z początku opasek żółtych szerokości 10 cm, później zmieniono to na łaty kształtu gwiazdy Dawidowej; również koloru żółtego, które naszyte były na każdym odzieniu na widocznym miejscu na piersiach i na plecach. Wszystkie mieszkania żydowskie znaczone również były gwiazdą Dawidową. Miało to swój cel: Żydów „łapano na robotę”. (…) „Złapać” miał prawo każdy Niemiec czy Niemka. (…) Nadeszła sroga zima, a z nią dekret opiewający skupienie wszystkich Żydów w północnej dzielnicy miasta, nieskanalizowanej, po większej części zabudowanej zapadłymi, drewnianymi domkami i nie wszędzie oświetlonej elektrycznością. Miasto musiało być do marca „judenrein” [czyli „oczyszczone z Żydów”]. Kto do tego czasu nie wyprowadził się sam do ghetta, został ewakuowany przymusowo przy akompaniamencie celnych strzałów. I tak rozpoczęła się ciężka walka o dach nad głową. Walka – 160 tysięcy osób mieszkać miało tam, gdzie miejsca było z górą na 40 tysięcy. Na osobę przeznaczone było 1,5 metra kwadratowego, a więc w małych, zapadniętych izdebkach lokowało się po 10 osób. (…) Tablica z informacją o utworzeniu getta i zakazie wstępu na jego obszar osobom postronnym. Podobne tablice były gęsto rozstawione wzdłuż całego ogrodzenia getta. Stanęli mieszkańcy ghetta przed smutną rzeczywistością. Choroby szerzyły się w zastraszającym wprost tempie. Tyfus i dur brzuszny i plamisty dziesiątkowały ludność, nie było warunków na najmniejsze przestrzeganie higieny. Skąpo było z wodą, mydło trudne było do zdobycia, opał w minimalnej ilości: 1 kg drzewa i 7 kg brykietów miesięcznie. Nie wiadomo, czy zużyć go w celu zagotowania wody [do] strawy, czy też przygrzać sobie trochę wody do mycia, żeby wszy, ta obrzydliwa i roznosząca się plaga, nie były tak dokuczliwe. (…) Wysiedlenia były (…) osobnym rozdziałem życia ghetta i bodajże najtragiczniejszym. Mimo że miejsca wysiedleń przez cały czas były dla nas wielką niewiadomą, niemniej jednak wisiały nad ghettem jak miecz Damoklesa. Nie mieliśmy żadnego kontaktu ze światem zewnętrznym, za czytanie gazet czy słuchanie radia groziła kara śmierci; zdarzyło się nawet kilka wypadków wieszania za to na oczach ludności i rodziny winnego. Nie wiedzieliśmy nic o istnieniu Auschwitzu czy innych obozów zniszczenia. Może wiedziały o tym jednostki, które ryzykowały, nastawiając życie, ale ogół nie znał prawdy. Jednakże faktem było, że „stamtąd” nie ma wiadomości, a co najboleśniejsze – rozdzierano bezwzględnie rodziny. Odbierano dzieci od matek, mężów od żon, kobiety od mężów i dzieci. (…) Było to 1 września 1942 roku – trzecia rocznica wojny. Pracowałam jako pielęgniarka w szpitalu przy ul. Łagiewnickiej. Leżało tam podówczas wraz z dziećmi 430–440 chorych; oprócz tego był szpital dziecięcy – około 200 łóżek – gruźliczy i chorób umysłowych: 200–300, chorób zakaźnych 200, prewentorium około 100. Godzina 5 rano, przed wszystkie szpitale zajeżdżają auta, duże, ciężarowe, szczelnie nakryte plandekami. Obsługa aut to Rollkommando, komando zniszczenia. Ubrani w impregnowane kombinezony, gumowe rękawiczki i maski na twarzy. Zadaniem ich jest uważać, aby bezwzględnie wszyscy chorzy załadowani zostali na auta. W razie nieposłuszeństwa groziła śmierć. Ładować na auta musiał personel szpitala. Nie jestem w stanie opisać paniki, jaka zapanowała wśród chorych, kiedy dowiedzieli się, o co chodzi. Spośród wszystkich przeżyć, nawet natury osobistej, wspomnienie rozpaczy chorych największe robi na mnie wrażenie. Któż zdoła opisać wzrok błagający o życie, rozdygotane ręce, zbierające swe rzeczy. Przekonałam się wówczas, jakże silny może być zew do życia. (…) W oczach ich widać było trwogę, umęczone chorobą ciała goniły resztkami sił. W szpitalu dziecięcym wyrzucano dzieci przez okna i te w popłochu uciekały do swoich domów. Z prewentorium wypuszczono dzieci tylnym wyjściem, oprawcy zastali pusty budynek. (…) Szwedzka prasa Wydarzenia, których świadkiem była łódzka pielęgniarka Alfreda Laufer, umknęły uwadze szwedzkiej opinii publicznej. Po krótkim niepokoju Szwedzi powoli wracali do codziennych zajęć. Od samego początku wojny zajęcia w szkole odbywały się jak zwykle. Dzieci z nową energią po wakacjach uczyły się szwedzkiej geografii, wkuwały tabliczkę mnożenia, trenowały robótki ręczne i gimnastykę. Wojna była zabawą: pod numerem 119 na ulicy Birgerjarlsgatan kilkoro maluchów „bombardowało” ulicę z czwartego piętra za pomocą zrzucanych z balkonu siatek napełnionych wodą – na szczęście obyło się bez ofiar. Dorośli wykazywali nieco większe zainteresowanie – na liście książkowych bestsellerów czołowe miejsca zajmowały „wojenne” pozycje: Krok za krokiem Winstona Churchilla, 10 milionów dzieci Eriki Mann (powieść będąca krytycznym opisem nazistowskich metod wychowawczych), a na końcu podium: Czy Niemcy mogą wygrać? Ivana Lajosa, który wątpił w twierdzącą odpowiedź na zadane w tytule książki pytanie. Jedną z najpopularniejszych książek w Szwecji była „Krok za krokiem” Winstona Churchilla We wrześniu Większość szwedzkich gazet wcale nie rozpisywała się na temat prześladowań Żydów – pojawiały się tylko krótkie notatki. Niektóre napisane w optymistycznym (lub ironicznym) tonie, jak na przykład ta opublikowana w „Svenska Dagbladet” 17 stycznia 1940 pod tytułem Niemcy w Warszawie chronieni przed tyfusem: Frontowe wagony tramwajów w Warszawie zostaną zarezerwowane dla Niemców – żołnierzy i cywilów – podczas gdy miejsca siedzące dla Polaków i Żydów będą osobno wydzielone. Zarządzenie motywowane jest strachem przed tyfusem i gorączką plamistą, które panują w Warszawie, oraz faktem, że choroby te przenoszone są przez wszy znajdujące się na ubraniach. Z tego powodu jeżdżenie tramwajem tym samym wagonem co Polacy i Żydzi stanowi zagrożenie zdrowia dla Niemców. Gazeta dodała, że choć warszawskie tramwaje posiadają niewielką liczbę wagonów, „nie powinno to stanowić dużego utrudnienia dla Niemców, którzy będą musieli stać w trakcie podróży”. Inne podawały suche fakty, jak w kilkuzdaniowej notce opublikowanej 3 listopada 1941 roku w „Dagens Nyheter” pod rzeczowym tytułem Kara śmierci dla Żyda opuszczającego getto: Generalny Gubernator Krakowa Frank wydał rozporządzenie, zgodnie z którym zabrania się Żydom opuszczania utworzonego getta bez pozwolenia, pod groźbą kary śmierci. Ta sama kara spotka osoby, które świadomie będą próbować ukrywać takich »uchodźców«. Procesy będą odbywać się w ramach specjalnych sądów. Kontrola nad opinią publiczną Równie ważna była kontrola nad opinią publiczną i wzmacnianie poczucia lojalności wobec kraju. Redakcje dostawały „szare karteczki” z listą tematów, które można było opisywać, i tych, o których należało milczeć. Dziennikarze mieli między innymi unikać „sarkazmu, krzywdzących sformułowań i insynuacji”. Wiosną 1940 roku dziesiątki publikacji zostało skonfiskowanych. Zwykle powodem była krytyka Hitlera. Tydzień po tym, kiedy w Szwecji przyjęto możliwość cenzury prasy, minister sprawiedliwości Karl Gustaf Westman podkreślał w przemówieniu w pierwszej izbie parlamentu, że obywatele nie mogą traktować wojny jak „klubu dyskusyjnego”. Zgadzał się z nim Günther, który twierdził, że szwedzka prasa powinna się wstrzymać z krytyką „procesu zmian”, które zachodzą w Europie. W końcu również Per Albin Hansson, mimo wszelkich wątpliwości związanych z istnieniem cenzury w demokratycznym społeczeństwie, zgadzał się ze swoimi ministrami w tym, że lepiej trzymać społeczeństwo z daleka od „tak skomplikowanych tematów”. A sprawy były wyjątkowo skomplikowane. Na początku wojny część szwedzkiej armii podziwiała sukcesy Niemców – ich efektywność, kompetencje i odwagę, z jaką armia zajęła cały kontynent w przeciągu zaledwie kilku miesięcy. Oficerowie przyjęli więc zaproszenie niemieckiej armii na wizytę w Berlinie, w trakcie której strona niemiecka mogła pochwalić się strategicznymi sukcesami. Kiedy Niemcy tłumaczyli Szwedom efektywność Blitzkriegu, przedstawiciele szwedzkiej armii zdecydowali się założyć bardziej dyskretne czapki polowe, żeby nie rzucać się zbytnio w oczy. Im krócej nad Szwecją świeciło słońce, tym strach przed wojną był większy – szczególnie gdy sąsiednia Finlandia walczyła z sowiecką ofensywą zimą 1939 roku, a Niemcy 9 kwietnia 1940 roku zaatakowali Norwegię. Zmiana frontu? W czerwcu 1940 roku wojska norweskie poddały się, a król Håkon VII i następca tronu Olof wraz z przedstawicielami rządu szukali schronienia w Londynie. W tym samym czasie Szwecja zezwoliła niemieckiej armii na przejazdy przez swoje terytorium – pociągi transportujące niemieckich oficerów jeździły głównie nocą, by nie wzbudzać niepokoju wśród ludności. Dopiero w wyniku przerwania pasma niemieckich sukcesów na przełomie 1942 i 1943 roku rząd Szwecji powoli zmienił kurs w kierunku prozachodnim. Artykuł stanowi fragment książki Kraj nie dla wszystkich. O szwedzkim nacjonalizmie, która właśnie ukazała się na rynku pod patronatem Ciekawostek Historycznych Jesienią 1944 roku Szwecja zerwała stosunki handlowe z Niemcami. Jednocześnie konieczna stała się poprawa lodowatych stosunków z sąsiadami. Per Albin Hansson był zaangażowany w szkolenie norweskich i duńskich sił policyjnych na terenie Szwecji. To on otrzymał bezpośrednią propozycję przyjścia z pomocą krajom skandynawskim. Jego duński odpowiednik, pełniący funkcję premiera Wilhelm Buhl, w listopadzie 1943 roku poinformował Hanssona, że jeśli będzie to absolutnie konieczne, Dania poprosi o udzielenie pomocy militarnej, a w marcu 1945 wspominał o możliwości wystąpienia z petycją o szwedzką pomoc wojskową, by pomóc utrzymać po- rządek w Danii. Priorytetem było zachowanie równowagi w najbliższym otoczeniu. „Dlaczego nic nie zrobiono?” – zastanawiała się w tym samym czasie Anna Jachnina, urzędniczka Opieki Społecznej z Warszawy, która przyjechała do Szwecji jako uchodźczyni i przebywała w azylu w Vrigstad. Artykuł stanowi fragment książki Kraj nie dla wszystkich. O szwedzkim nacjonalizmie, która właśnie ukazała się na rynku pod patronatem Ciekawostek Historycznych nakładem Wydawnictwa Poznańskiego Zobacz również
Kawałek grecji Autor: Gość napisał(a) dnia 2023-06-30 19:44:10 Data wizyty: 2023-06-30 15:00 Kawałek grecji nad polskim morzem :). Gyros bardzo smaczny, porcje całkiem całkiem, zwłaszcza, że ceny nie sa jakieś kosmiczne. Polecam, bo można naprawdę smacznie zjeść
#6 Posmakować świata na targu miejskim Stora Saluhallen XIX-wieczny budynek hali targowej Stora Saluhallen przeszedł w ostatnich latach solidny remont, jednak z poszanowaniem dla oryginalnej architektury. Dlatego dzisiaj zaglądając do Stora Saluhallen by coś zjeść w jednej z restauracji lub kupić świeży chleb, kawałek sera czy długo dojrzewające wędliny nasze oczy dodatkowo cieszyć będą rzeźbione fronty stoisk, piękna posadzka czy stalowa konstrukcja oszklonego sufitu hali. Więcej o Stora Saluhallen pisałam TUTAJ. Jest też film, który obejrzycie TUTAJ. Stora Saluhallen Stora Saluhallen, Göteborg Stoisko z serami / stand with cheese, Stora Saluhallen, Göteborg
ukpNvt.